Ponownie w Berlinie.

Berlin zwiedzam „po kawałku”, to znaczy za każdym razem, jak  mam okazję tam być, staram się dokładniej zobaczyć to, czego nie widziałam, lub widziałam jedynie pobieżnie. Tym razem krótki (wycieczkowy) postój w stolicy Niemiec wykorzystałam na Alexanderplatz.

W zasadzie to raczej „odświeżyłam” wspomnienia, bo pierwszy raz na Aleksanderplatz byłam jeszcze jako dziecko, podczas podróży z rodzicami po ówczesnym „Enerdówku”.

To jeden z najpopularniejszych placów Berlina, rozpoznawalny przez wszystkich dzięki dwóm budowlom: wieży telewizyjnej i „czerwonemu ratuszowi”, który swą nazwę zawdzięcza  cegle, z jakiej został wzniesiony.

Alexanderplatz jest niezwykle ruchliwy, bo znajdują się na nim i stacje kolejowa, i metra, i przystanki tramwajowe. Zazwyczaj tłumnie docierają tu również turyści z pobliskiej „Wyspy Muzeów”. Znany jest też wszystkim amatorom piwa, bo właśnie na nim odbywają się berlińskie spotkania  organizowane w ramach „Oktoberfestu”. W okresie adwentu z kolei, na tym placu odbywają się tradycyjne jarmarki bożonarodzeniowe. Na przestrzeni wieków na placu Aleksandra zawsze dużo się działo…

Już w średniowieczu plac był tłoczny i gwarny jako że leżał w sąsiedztwie  Georgentor czyli „Bramy Jerzego” będącej jedną z bram prowadzących do miasta. To tutaj gromadzili się, pędzący do Berlina swe bydło kupcy, czekając na możliwość wejścia ze swym żywym towarem do miasta.

W XVII wieku, władze ówczesnego Berlina  surowo zakazały tuczu i sprzedaży nierogacizny oraz bydła w obrębie murów miejskich, więc obrót tym nieco kłopotliwym towarem odbywał się właśnie na teren dzisiejszego placu.

Kiedy w 1701 roku Fryderyk I Hohenzollern wjeżdżał do miasta aby objąć tron Prus, bramę Jerzego i leżący przy niej plac przemianowano na „Królewskie”. W tym też roku, położony nieopodal, dawny zamek berliński stał się oficjalną rezydencją królewską i wówczas plac zaczęto wykorzystywać jako miejsce musztry i parad królewskiej gwardii.

Swoją obecną nazwę plac nosi od 1805 roku. Wówczas to, do Berlina przybył car Rosji Aleksander I, który w ramach koalicji antyfrancuskiej zawarł z Prusami traktat o pokoju i przyjaźni. Król pruski Fryderyk Wilhelm III, chcąc uhonorować tak ważnego sojusznika, kazał nazwać plac królewski jego imieniem.

W czterdzieści lat później Plac był świadkiem krwawych wydarzeń rewolucji marcowej, która dała początek niemieckiej Wiośnie Ludów.  Stanęły nań barykady, na których walczyli głównie robotnicy i rzemieślnicy domagający się wolności prasy, zgromadzeń i amnestii dla więźniów politycznych.

Koniec XIX wieku przyniósł znaczące zmiany w wyglądzie placu. Powstał tam dworzec kolejowy, nowoczesna (na owe czasy) kryta hala targowa. W 1895 roku na placu stanął pięciotonowy, siedmiometrowy, miedziany pomnik Beroliny, żeńskiej personifikacji Berlina. Pomnik ten, w 1942 roku, został rozebrany a pod koniec wojny, najprawdopodobniej, przetopiony  a uzyskany zeń surowiec wykorzystano do celów wojennych.

W 1904 roku, przy Alexanderplatz,  swój luksusowy dom handlowy zbudował Herman Tietz, o którym szerzej pisała w swoim poście o Międzychodzie. Budynek przypominał pałac, jego wnętrza i asortyment były w stanie zaspokoić najwybredniejszych klientów. Kiedy w 1934 roku Hitler doszedł do władzy, sklepy i przedsiębiorstwa Tietzów przekazano nowym, aryjskim  właścicielom. Kończąc wątek rodziny Tietz’ów i ich handlowego imperium, dodam, iż większości członków rodziny udało się wyjechać z III Rzeszy, a ich przejęte przez nowych właścicieli sklepy dały początek sieci „Hertie”. Podobno nazwę tę  nowy właściciel przedsiębiorstwa i ma ona pochodzić od pierwszych liter imienia i nazwiska Hermana Tietz’a.

W okresie Republiki Weimarskiej i III Rzeszy Alexanderplatz stanowił centrum nocnego życia stolicy Niemiec. To tutaj mieściły się kabarety, spelunki i kwitło życie półświatka. Atmosferę tamtego czasu świetnie oddaje powieść A. Doblina „Alexanderplatz”.

Podczas walk o Berlin, zabudowa wokół placu uległa niemal całkowitemu zniszczeniu. Socjalistyczne władze NRD zadecydowały, iż nowy wygląd reprezentacyjnego placu wschodnioniemieckiej stolicy, powinien odzwierciedlać nowoczesny charakter socjalistycznego państwa i w tym duchu poprowadziły jego odbudowę.

Stojąc twarzą do wieży telewizyjnej (inwestycja z lat 1965-1969), po prawej stronie widzimy rozłożyste gmaszysko z czerwonej cegły. To „Rotes Rathaus” siedziba władz miejskich stolicy. Ratusz został wzniesiony w latach 60tych XIX wieku według projektu Hermana Wasemanna. Budynek założony jest na planie wydłużonego prostokąta (bagatela dwadzieścia trzy osie…) trzykondygnacyjny, zwieńczony balustradową attyką. Osie skrajne zaakcentowane są jednoosiowymi ryzalitami.  W centrum, przed lico fasady występuje masywna, czterokondygnacyjna wieża flankowana wielobocznymi wieżyczkami. Poszczególne kondygnacje wieży zwężają się ku górze, co przydaje jej pewnej lekkości. Architektura budynku nawiązuje do stylu neorenesansowego (ciągi arkadowych okien) natomiast wieża naśladuje te, z gotyckich katedr.

Przy Alexanderplatz znajduje się jedna z najstarszych a zarazem najpiękniejszych miejskich fontann.Nie jest to jej pierwotna lokalizacja… Powstała w latach 1888-1891 jako dar miasta dla cesarza Wilhelma II i stanęła na przed południową fasadą zamku królewskiego w Berlinie. Po  zburzeniu zamku, w 1951 roku została usunięta, a w 1969 umieszczono ją w dzisiejszym miejscu.

Neobarokowa fontanna zaprojektowana przez Reinholda Begasa składa się z granitowego basenu oraz centralnej  postaci  Neptuna osadzonej na, wznoszonej przez trytony, muszli. Na brzegu basenu usadowiono cztery kobiece postacie będące personifikacjami czterech, wówczas niemieckich, największych rzek: Łaby, Renu, Wisły i Odry. Każda z postaci dodatkowo zaopatrzona jest w atrybuty obrazujące charakter regionu, przez jaki dana rzeka przepływa. I tak, Ren posiada winogrona i sieć rybacką, Wisła pniaki symbolizujące lasy, Odra kozę i futro, a Łaba, kłosy zbóż i owoce.

W basenie znajdują się posągi wodnych zwierząt (węża, krokodyla, żółwia i lwa morskiego) które „plują” wodą na władcę mórz. Program ikonograficzny dopełniają figurki dziecięce, symbolizujące nowe życie. Dla Begasa, inspiracją do projektu fontanny była rzymska fontanna „Czterech rzek” Lorenza Berniniego.

Obecnie, po odbudowie zamku królewskiego, dyskutowany jest pomysł przeniesienia fontanny w jej pierwotny, historyczny kontekst.

Nieopodal fontanny usytuowany jest kościół NMP. Świątynia powstała w końcu XIII wieku dla rozwijającej się wówczas osady, zwanej wówczas „Nowym Miastem”. W XIV wieku kościół dwukrotnie przebudowano, w czego wyniku, zyskał on formę trzynawowej hali z krótkim, wielobocznie zamkniętym prezbiterium.W XV stuleciu przy nawie południowej dobudowano rząd kaplic. Nad chórem zachodnim wznosi się kwadratowa wieża z piaskowca, nakryta hełmem z XVIII wieku, zaprojektowanym przez Carla Langhansa.

Kościół podobno posiada bardzo bogate wyposażenie, jednak nie dane jest mi się o tym przekonać, bo wycieczka pędzi dalej.Rejestruję jedynie profilowany, dwudzielny, kamienny portal i starannie opracowane blendy okienne szczytu północnego.

Przy kościele znajduje się posąg Marcina Lutra.Pomnik reformatora religijnego stanął tu nieprzypadkowo, od  XVI wieku, kościół należy do wiernych wyznania luterańskiego. Statua pochodzi z roku 1893 i jest dziełem panów: Paula Otto i Roberta Toberentza.

Ostatni rzut oka na wieżę telewizyjną i przenosimy się w zupełnie inną część miasta.Po odwiedzeniu Bramy Brandenburskiej i Reichstagu, o których kiedyś już pisałam, przechodzimy pod  bardzo ciekawą ekspozycję noszącą nazwę „Topografia Terroru”.

Wystawa zlokalizowana jest w miejscu, gdzie mieściła się siedziba Gestapo i miały swe siedziby Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy oraz dowództwo SS. Wzdłuż fragmentów berlińskiego muru rozlokowane są fotografie i dokumenty obrazujące narastanie w III Rzeszy terroru nazistowskiego. Powyżej ekspozycji gmach Pruskiej Izby Reprezentantów- drugiej izby pruskiego parlamentu, wzniesiony w latach 1892-1898 według planów Friedricha Schulze.

Przesuwając się wzdłuż muru i zatrzymując przy kolejnej grupie zdjęć, można łatwiej zrozumieć, dlaczego Hitler zdobył władzę w Niemczech, jak, populistycznymi hasłami, uwiódł naród.  Zręcznie manipulując „wrogiem zewnętrznym” , wywołał chorobliwą nienawiść do Żydów… Można też naocznie przekonać się, jakie były  skutki takiej polityki…Surowość tej ekspozycji i kontekst otoczenia przemawia do wyobraźni głębiej, niż jej „wygładzone” odpowiedniki w muzealnych gablotach.

Tym razem zwiedzanie Berlina kończymy przy Checkpoint Charlie.

W okresie zimnej wojny było to najbardziej znane z przejść granicznych między Berlinem wschodnim a zachodnim. Charlie, kontrolowany przez aliantów, był przeznaczony wyłącznie dla cudzoziemców.  Niemcy musieli przechodzić przez inne punkty, drobiazgowo sprawdzane przez Enerdowców i kontrolujących ich Rosjan.

Przejście funkcjonowało do 1990 roku. Obecnie stojąca budka strażnicza, to odtworzona replika autentycznej, stojącej tam w latach 1961-1990. Przed posterunkiem ułożono barykadę worków z piaskiem (dziś są wypełnione betonem, bo chętnie fotografujący się przy punkcie turyści, zwykli się o nie opierać) aby w pełni odtworzyć klimat tamtych lat.

Jesienią 1961 roku punkt Charlie był świadkiem zdarzeń, które mogły doprowadzić do wybuchu III wojny światowej. Teoretycznie alianccy dyplomaci i oficerowie mogli swobodnie przemieszczać się do sektora radzieckiego, jednak w praktyce, na terenie strefy radzieckiej dochodziło do incydentów, podczas których, wbrew dyplomatycznym ustaleniom, byli legitymowani lub kontrolowani. Po którymś takim zdarzeniu, po amerykańskiej stronie,  Checkpointu ostentacyjnie stanęły dwa Pattony z lufami skierowanymi w stronę NRD. Miały za zadanie dopilnować swobodnego przejścia Alberta Hemsinga  do strefy radzieckiej. Kiedy ten przekroczył granicę, czołgi wycofały się na Tempelhof, gdzie miały swoja bazę.  Wtedy, nieoczekiwanie, z Friedrichstrasse wyłoniła się  kolumna radzieckich T-54 . Na szczęście, zanim przemieściły się  pod sam punkt, z lotniska Tempelhof zdążyło przyjechać siedem amerykańskich M- 48, które ustawiły się wprost przed szlabanem. Nadto, za rogiem, czekało wsparcie, w postaci uzbrojonej kompani amerykańskiej piechoty.

Tak więc na przeciw siebie, stały kolumny czołgów oznaczonych gwiazdami. Jedna białą, druga czerwoną i obie uzbrojone w ostrą amunicję. Wojna wisiała na włosku…  Dyplomaci obu stron dwoili się i troili, aby zapewnić swoim przywódcom możliwość honorowego wyjścia z klinczu. Wojna nerwów trwała. Prezydent Kennedy postawił warunek aby to czołg radziecki wycofał się pierwszy…

Dopiero po szesnastu godzinach rozmów, wzajemnych przekonywań, gróźb i próśb, ostatni w kolumnie T-54, na wstecznym biegu, cofnął się o kilka metrów. Dopiero wtedy podobny manewr wykonał amerykański Patton. Następne czołgi wycofywały się w tej samej kolejności, aż wreszcie ostatnie zniknęły za zakrętami ulic. Od czasu tego zdarzenia policja czy żandarmeria sektora wschodniego, na swoim terenie, nigdy więcej nie zaczepiła  zachodniego dyplomaty…

Na Checkpoincie kończymy oficjalne zwiedzanie miasta. Dostajemy czas wolny do wieczora na zorganizowanie sobie posiłku i ewentualnych rozrywek…

 

Rijksmuseum i muzeum Vincenta Van Gogha

Być w Amsterdamie i nie odwiedzić Rijksmuseum? To, moim zdaniem, niemożliwe. Rijksmuseum jest dla Amsterdamu tym, czym, Luwr dla Paryża,  Ermitaż dla Sankt Petersburga, Prado dla Madrytu… I choć w Holandii istnieje ponad czterysta muzeów (co, w przeliczeniu na metr kwadratowy stawia niewielką Holandię w europejskiej czołówce pod względem ilości tego typu obiektów), to  Rijksmuseum jest wśród nich perłą w koronie. Nawet jeśli ktoś nie przepada za galeriami malarstwa, to warto tam wejść, bo w muzealnych zbiorach znajduje się również rzeźba, rzemiosło artystyczne, broń a i obejrzenie samego gmachu warte jest, stosunkowo wysokiej, ceny biletów. Czytaj dalej

Amsterdam

„Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam” śpiewał Jacques Brel sławiąc blaski i cienie miasta. Nie mam jego talentu, ale chciałabym dziś opowiedzieć o swoich wrażeniach z tej  konstytucyjnej stolicy Królestwa Niderlandów. Amsterdam mnie zachwycił ie tylko swoją architekturą i położeniem ale także mieszanką kultur i swobodną atmosferą. Czytaj dalej

Rotterdam, Delft, Haga czyli: jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Holandii

Podczas tego wyjazdu nastawianie budzika na piątą rano staje się normą. Po wczesnym śniadaniu opuszczamy Brukselę i udajemy się do Rotterdamu. Niestety, miasto wita nas chmurami, co nie jest optymistyczne, jako że przyjechaliśmy tu specjalnie po to, aby podziwiać panoramę z Euromastu. Podobno przy dobrej pogodzie  można z niego dostrzec Hagę.

Niestety przydział słońca na ten dzień chyba wyczerpaliśmy, bo widoczność taka sobie. Przejazd przez miasto nie dostarcza większych wrażeń, gdyż historyczna substancja Rotterdamu uległa niemal całkowitemu zniszczeniu podczas dywanowego nalotu Luftwaffe w 1940 roku. Ku mojemu rozczarowaniu, nie podjedziemy  pod, poświęcony temu wydarzeniu, ekspresyjny pomnik Ossipa Zadkine „Rozdarte miasto”.

Zatrzymujemy się na nadbrzeżu, niemal przy samym punkcie widokowym. Liczy on sobie 186 metrów wysokości, obecnie można wjechać setny metr, gdzie znajduje się restauracja i taras widokowy.Widoczność średnia, ale mimo to można się zorientować w rozległości rotterdamskiego portu i miasta.

Po nacieszeniu się atrakcją zjeżamy na dół, w barku zamawiamy kawę, która okazuje się bardzo dobra i bardzo droga, bo płacić można tylko kartą, a paragon, po przewalutowaniu, może przyprawić o lekki ból głowy… No nic, mówi się trudno, podróże kształcą a nauka kosztuje… Z niepokojem patrzymy w niebo (byleby tylko nie lało) i ruszamy do miasta Jana Vermeera, Delft.

Delft, to zupełnie inne klimaty, niż gwarna i tłumna Bruksela, czy rozległy Rotterdam. Miasteczko spokojne jak woda, w przecinających je kanałach. Nie ma grup turystycznych, a miejscowi nie spiesząc się, rowerami przemierzają uliczki. Miasto należy do najstarszych w Holandii, bo jego lokacja odbyła się już w 1075 roku. Zostało wytyczone wokół prostokątnego rynku, który do dziś pełni rolę centralnego placu miasta. W połowie XIII wieku w Delft powstał murowany kościół (teraz zwany Oude kerk – starym kościołem) W  końcu XIV stulecia rozpoczęto budowę „nowego” kościoła, którą ukończono sto lat później.

XVI stulecie nie było dla Delft pomyślne, W 1526 roku nawiedził je pożar, który zniszczył wiele domów. Kolejny wybuchł 5 maja 1536 roku, kiedy to, od uderzenia pioruna zapaliła się wieża nowego kościoła, a silny wiatr przeniósł ogień na domy po zachodniej stronie miasta.

W 1584 roku doszło w Delfcie do zabójstwa księcia Wilhelma I Orańskiego zwanego „Milczkiem”… Kim był ów u nas kompletnie nieznany a  czczony w holenderskim hymnie bohater?

Może należałoby zacząć od tego iż w owym czasie Niderlandy były religijnie podzielone. Południowe prowincje opowiadały się przy katolicyzmie, reprezentowanym przez sprawujących wówczas władzę Habsburgów hiszpańskich. Północne natomiast, kojarząc tę religię z uciskiem Habsburgów, patologią administracyjną i stosami, na których palono protestantów, trwały przy kalwinizmie.

Wilhelm I Orański, hrabia Nassau i książę Oranii był kalwinistą. Jako taki stanął na czele powstania antyhabsburskiego, i co za tym idzie, także antykatolickiego. Rezydował w Delft gdzie posiadał swój pałac, a  otoczone wodą i murami miasto stawiało skuteczny opór szturmującym siłom hiszpańskim. Jako zdeklarowany kalwinista, Wilhelm  był  „solą w oku”  ówczesnego władcy Niderlandów, Filipa II Habsburga, który  za zabicie Wilhelma gotów był zapłacić 25 tysięcy koron.  Chętnego do wykonania „morderstwa na zlecenie” król szybko  znalazł w osobie fanatycznego katolika Balthasara Gerarda. Ten, sprytnie udając nienawiść do katolików, wkręcił się w szeregi służby Wilhelma I, który musiał zapewne mu na tyle ufać, iż zabrał go do Delft na  swój dwór. 10 lipca 1584 roku Gerard spotkał księcia na pałacowych schodach i wystrzelił do niego trzykrotnie. Książę nie przeżył ataku, a Balthasara Gerarda straż dworska natychmiast pojmała, poddała torturom, a w trzy dni później morderca został stracony przez poćwiartowanie.

Przez walkę z hiszpańskim najeźdźcą i trwanie przy bliskich północnym prowincjom wartościom, Wilhelm I Orański uważany jest w Holandii (która powstała głównie z północnych prowincji) za bohatera narodowego. Książę Orański został uroczyście pochowany w „nowym” kościele w Delft, które od tego czasu stało się miejscem pochówku władców Holandii.

Nota bene, określenie „pomarańczowy”, który jest  narodowym kolorem Holandii, i  nazwa „oranżyści” wzięły swój początek, nie od owoców pomarańczy, a właśnie od dynastii orańskiej.

Od końca XVI wieku Delft stało się ośrodkiem produkcji fajansu, który zastąpił importowaną ze wschodu, i trudną (ze względu na swą kruchość) w transporcie, porcelanę.  Po 1585 roku, w mieście osiedliło się sporo flamandzkich garncarzy przybyłych do Delft po zdobyciu przez Hiszpanów Antwerpii. To ich umiejętności pozwoliły podjąć udane próby naśladownictwa wschodniej ceramiki z charakterystycznymi niebieskimi wzorami na białym tle.

W delftyjskim  muzeum można zobaczyć bogatą kolekcję miejscowej ceramiki w tym oryginalne, wysokie wazony przeznaczone specjalnie do tulipanów. Błękitno-białe wyroby z Delft, produkowane do dziś, są znane i cenione na całym świecie.Z miastem Delft, przez całe swoje życie, związany był malarz Jan Vermeer , autor takich arcydzieł jak „Mleczarka”, „Koronczarka”, „List miłosny” i „Dziewczyna z Perłą”. Niestety, jego rodzinne miasto nie osiada ani jednego obrazu jego autorstwa.  W całej Holandii, z trzydziestu czterech płócien, co do których nie ma wątpliwości, że wyszły spod pędzla mistrza z Delft, jest ich tylko siedem. Cztery z nich są własnością Rijksmuseum, trzy znajdują się w Mauritiusie w Hadze.

Hans Vermeer zmarł w 1675 roku, w Delft, i został pochowany w „starym” kościele.Docieram do niego, ale niestety świątynia okazuje się zamknięta. Jak już wspomniałam, kościół został wzniesiony w połowie XIII wieku i został oddany pod opiekę św. Bartłomiejowi. W połowie XIV wieku, do świątyni dobudowano potężną wieżę.Spaceruję, często biegnącymi wzdłuż kanałów, uliczkami miasteczka i zachwycam się ich urodą. Żałuję, iż na zwiedzanie Delft, przeznaczono tak mało czasu. Nie wystarczy go, ani na odwiedzenie dawnego dworu Wilhelma Orańskiego, ani na wizytę w muzeum fajansu, ani na dokładne zwiedzenie „nowego” kościoła.Niestety, czas biegnie nieubłaganie, zostaje mi go jakieś dwadzieścia minut, zawracam więc z powrotem ku rynkowi, na którym wyznaczono nam miejsce „zbiórki” . Ratusz, zamykający rynek od północy powstawał etapami. Jego najstarszą część wzniesiono już w wieku XIII, potem rozbudowywano. Gmachu nie oszczędziły kataklizmy nawiedzające miasto, i choć bez większego uszczerbku przetrwał pożar w 1536 roku, to bardzo poważnie ucierpiał w pożodze 1618 roku. Jego odbudową, w latach 1618-1620, kierował Hendrick de Keyser. Prawdopodobnie wtedy budynek zyskał renesansowo-manierystyczna fasadę.

Dwie pozostałe pierzeje rynku otaczają niewysokie kamieniczki z charakterystycznymi, wysokimi szczytami.

Z Delft jedziemy do Hagi. W administracyjnej stolicy kraju najpierw oglądamy Pałac Pokoju czyli (m.in.) siedzibę Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.

Ten piękny, neorenesansowy gmach został wzniesiony w latach 1907-1913, i od początku, służył międzynarodowym konferencjom pokojowym. Co ciekawe, zwyczaj rozstrzygania kwestii spornych nie siłowo, a przy stole, zapoczątkował car Rosji Mikołaj II Romanow, który do Hagi zaprosił przedstawicieli 26 państw.  Budowę pałacu sfinansował magnat przemysłu stalowego, Andrew Carnegie, zaś projekt budynku pochodzi z pracowni Louisa Cordonniera. Jako budulec posłużyły cegła i piaskowiec.

Przy pałacu znajduje się „Płomień Pokoju” symboliczny znicz, który otaczają kamienie przywiezione z krajów, które popierają pokój na świecie. Co ciekawe, nadal leży tam też kamień z Rosji…

Obok znicza optymistyczna kolorowa ławeczka, na której przeczekuję, aż wszyscy uwiecznią się na tle pałacu i znicza.Kolejnym punktem zwiedzania Hagi jest Binnenhof, którego początki sięgają XIII wieku. Początkowo był, położonym nad brzegiem jeziora, gotyckim zamkiem, hrabiowską rezydencją.

W 1584 roku, mieszcząca się w kompleksie „sala rycerska”, stała się siedzibą Stanów Generalnych, parlamentu Zjednoczonych Siedmiu Prowincji.Dwie izby Stanów Generalnych Królestwa Niderlandów obradują w nim do dzisiaj.To równocześnie najstarsza część tego sporego kompleksu.Poza murami zamkowymi, w pierwszej połowie XVII wieku, zbudowano uroczy pałacyk „Mauritshuis”. Budynek, w stylu nawiązującym do wzorców Palladia, został wzniesiony dla Mauritza von Nassau-Siegen, holenderskiego gubernatora Brazylii. Jako ciekawostkę mogę podać, iż podczas brazylijskiej kampanii wojennej, książę Nassau ściśle współpracował z naszym rodakiem, płk. Krzysztofem Arciszewskim herbu Prawdzic, którego sylwetkę przybliżyłam w jednym ze swych postów o Śmiglu.

Obecnie w pałacyku mieści się muzeum, w którym na stałe rezyduje vermeerowska „Dziewczyna z perłą”.

Z Binnenhofu, spacerem udajemy się na zasłużoną kolację. Przechodzimy przez elegancki pasaż handlowy, w którym zaopatruje się także rodzina królewska.Sklepy oznaczone koroną, to oficjalni dostawcy towarów na królewski dwór. Posiłek spożywamy w jednym z licznie ulokowanych na nadbrzeżu lokali gastronomicznych. W menu zupa cebulowa, obowiązkowa ryba w towarzystwie kultowych frytek i deser przypominający rozpuszczone lody waniliowe. Potem już tylko spacer brzegiem morza północnego i wyjazd do hotelu. Będziemy w nim grubo po 22… a jutro znowu budzik na piątą rano. Naprawdę trudno zaliczyć ten wyjazd do wypoczynkowych, co nie znaczy, iż nie jest udany.

 

W Brukseli

Po opuszczeniu Brugii, jedziemy do Brukseli. Żałuję, że zamiast stolicy, w programie  nie uwzględniono Antwerpii, bądź Gandawy. No cóż, takie są uroki wyjazdów zorganizowanych.  Na porządne  zwiedzanie Brukseli nie mieliśmy dużo czasu, a w tym, którym dysponowaliśmy, trzeba było jeszcze zmieścić posiłek  i  spacer (moim zdaniem zbędny) dookoła dzielnicy europejskiej. Znajdujące się tam biurowce, bez większego uszczerbku dla wrażeń, można obejrzeć w necie. Czytaj dalej

Brugia- miasteczko jak plan filmowy.

Tegoroczny weekend majowy spędziłam w Beneluxie. Poprzedni wpis dotyczący tego wyjazdu poświęciłam Luksemburgowi, dziś chciałabym nieco opowiedzieć o (obecnie) belgijskim mieście Brugia, nazywanym „flamandzką Wenecją”. To przepiękna, klimatyczna, niegdyś portowa miejscowość, w której (dzięki nie zmienionej architekturze) czas się zatrzymał. Brugia nieodmiennie budzi zachwyt tłumnie odwiedzających ją turystów. Nie na darmo wybrano ją jako tło filmu „Najpierw strzelaj potem zwiedzaj” z Colinem Farrellem.

Czytaj dalej

Spacer po Luksemburgu

Nie wszystkie plany udaje się zrealizować. Najpierw pandemia a potem rosyjska inwazja, skutecznie  zniweczyły moje zamiary udania się „szlakiem Wołodyjowskiego” na zachodnią Ukrainę. W związku z zaistniałą sytuacją  zmieniłam kierunek o sto osiemdziesiąt stopni. Zamiast południowego wschodu wybrałam północny zachód i w ten sposób tradycyjne święto pracy spędziłam w stolicy maleńkiego państwa, którego obywatele przyjęli dewizę „chcemy pozostać tym, kim jesteśmy”. Trudno się dziwić tej deklaracji, bo Luksemburg to księstwo zamożne i spokojne.

Czytaj dalej