Towarzyskie spotkanie

Czas szybko płynie… Mało oryginalne, ale niestety prawdziwe.  Oddając się rozrywkom zamiejscowym zaniedbałam lokalne życie towarzyskie. Pora nadrobić zaległości. Planuję spotkanie z przyjaciółkami. Teoretyczną okazją jest kończący się karnawał, praktyczną fakt, że jestem spragniona pogaduszek, ciekawa nowinek, a   chęć przetestowania nowych przepisów kulinarnych aż we mnie kipi.

Na początek będą pieczarki faszerowane  serem pleśniowym i szpinakiem. Jako danie główne risotto z ciecierzycą i orzechami włoskimi a do tego sałatka z ananasem. Na deser chciałabym upiec ciasteczka czekoladowe, których miałam okazję spróbować u mojej córki. Problem w tym, że dwukrotnie już je piekłam, ale ani razu, nawet w połowie, nie wyszły mi tak dobrze jak jej.

Potrzebny jest więc plan „B”… Na wypadek gdyby się nie udały, przygotuję jeszcze ciasto z jabłkami, które udaje się zawsze.

001Na pierwszy ogień idą pieczarki. Udało mi się kupić dorodne więc farszu dużo pomieszczą. Łyżeczką odkrawam trzonki wydrążając nieco grzyby , kapelusze posypuję solą i pieprzem i lekko podduszam na maśle.  Szpinak duszę na oliwie, doprawiam go czosnkiem, solą i pieprzem.

Pieczarki „blaszkami do góry” układam w żaroodpornym naczyniu, wysmarowanym oliwą z rozmarynem. Do każdej wkładam kosteczkę gorgonzoli, przykrywam   szpinakiem, a na wierzchu układam (wycięte foremką do pierniczków)  serduszka z żółtego sera. Teraz muszę je tylko na 15 minut wstawić do piekarnika i gotowe. Czytaj dalej

„Obsługiwałem angielskiego króla” w Teatrze Nowym

Niedzielne popołudnie spędziłam w teatrze na sztuce „Obsługiwałem angielskiego króla” według prozy Bohumila Hrabala.

Inscenizacja przygotowana przez Piotra Cieślaka urzeka od pierwszej sceny, kiedy to wśród unoszących się w górę punktowych światełek poznajemy głównego bohatera, Jana Dziecię. Stojący u schyłku życia, schorowany po pobycie w więzieniu Jan (grany przez Michała Grudzińskiego) wspomina swe życie, robiąc równocześnie bilans sukcesów i porażek … „Moje szczęście zawsze polegało na tym, że spotykało mnie jakieś nieszczęście.”

Młody Jan Dziecię (Grzegorz Gołaszewski) zaczyna swą karierę jako chłopak roznoszący parówki na dworcowym peronie. Jego marzenia to użycie życia,  spędzanie nocy z uroczą dziewczyną z domu publicznego – Jaruszką (Oksana Pryjmak) i awans w knajpijnej hierarchii.

Powoli udaje mu się je realizować. Dzięki protekcji komiwojażera, pokonuje kolejne szczeble kariery trafiając do coraz bardziej ekskluzywnych lokali. Ober hotelu „Paryż”, Skowronek (Aleksander Machalica) odsłania przed nim tajniki kelnerskiego fachu. Punktem zwrotnym w życiu młodego kelnera jest pomoc abisyńskiemu cesarzowi, który w nagrodę  za usługę ofiarowuje mu order. Aspiracje bohatera rosną, marzy mu się własny hotel, duże pieniądze i ludzkie poważanie.

Sygnalizowany już wcześniej koniunkturalizm Jana, rozwija się w czasie wkroczenia nazistów do Czech . Dzięki poznanej niemieckiej nauczycielce Lizie (Edyta Łukaszewska) i zagarniętej przez nią pożydowskiej kolekcji znaczków staje się milionerem i kupuje sobie hotel, który jest dla niego potwierdzeniem nowego statusu.

Niestety nie daje mu to wymarzonego ludzkiego szacunku.  Dawni znajomi odwracają się od niego, hotel zostaje znacjonalizowany, a Jan ma  nawet trudności z dostaniem się do „obozu dla byłych milionerów”, gdzie również traktowany jest jako parias.

Groteskowo – tragiczne losy Jana Dziecię przypominają  mi nieco dzieje Piszczyka, obaj tak samo  chcąc tylko spokojnie i dostatnio przejść przez życie,  wikłają się w koło historii. Czytaj dalej

Wystawa szopek krakowskich

Niedzielnym popołudniem ruszyliśmy do Szańca. W tamtejszym Domu Kultury miało właśnie odbyć się otwarcie wystawy nagrodzonych w konkursie szopek krakowskich. Wieś jest cicha i ciemna, więc mamy pewne problemy ze znalezieniem owego Domu Kultury, ale w końcu odnajdujemy  budynek przed którym parkuje sporo samochodów.  Napis nad drzwiami wskazuje, że to właśnie przybytek, którego szukaliśmy. Bingo!  Zostawiamy samochód i wchodzimy się do wnętrza. Uprzejme panie z Koła Gospodyń kierują nas do sali na piętrze. Środek niezbyt dużego pomieszczenia pełen jest odwiedzających, pod ścianami ustawione są szopki.

Te miniaturowe budowle mają wielowiekową tradycję i są nierozerwalnie związane z Krakowem. W okresie międzywojennym tradycja szopek zaczęła podupadać, obniżył się ich poziom artystyczny, służyły głównie do kolędowania po domach. Aby zapobiec pauperyzacji i zanikowi szopkarstwa w  roku 1937, z inicjatywy dr Jerzego Dobrzyckiego, zainicjowano  coroczny konkurs szopek,  przerwany wybuchem II wojny. Od 1945 roku konkurs odbywa się pod auspicjami Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, które każdego roku kupuje najpiękniejsze eksponaty, stale wzbogacając swe zbiory.

004W wystawianych szopkach bez trudu można doszukać się charakterystycznych elementów najbardziej znanych zabytków grodu Kraka – wieżę kościoła Mariackiego zwieńczoną koroną, ratuszową, wieże katedry wawelskiej, attykę Sukiennic, ostrołuk Bramy Floriańskiej, Barbakanu. W każdej szopce znajdują się też akcenty patriotyczne takie jak orzeł biały, biało- czerwone flagi a często także herb Krakowa.

Wszystkie arcydziełka lśnią od kolorowych stanioli, których blask potęguje jeszcze wewnętrzne podświetlenie. Niektóre z nich dodatkowo  wyposażone są mechanizmy poruszające korowód pełnoplastycznych postaci. Obowiązkowo znajdują się w nim:  Święta Rodzina, Trzej Królowie, pasterze, aniołowie, zwierzęta. Jednakże często  pojawiają się też figurki przedstawiające postacie historyczne  (polskich królów, bohaterów narodowych) i legendarne – Lajkonika, Trębacza, Pana Twardowskiego. Wszystkie one tworzą swoisty spektakl, przesuwając się dookoła leżącego w żłóbku Dzieciątka Jezus. Czytaj dalej

W zimowej szacie kurort nurza się bogaty…

Mam to szczęście, że w Busku- Zdroju mieszkają moi przyjaciele, którzy rokrocznie zapraszają mnie do siebie. W ich gościnnym domu bywam z reguły w lipcu, aby móc uczestniczyć w koncertach festiwalu imienia Krystyny Jamroz. W tym roku po raz pierwszy byłam w Busku zimą.

Tutaj wszystko zwalnia bieg, życie toczy się spokojniej. Można rozkoszować się urokami przyrody, docenia się „małe przyjemności” takie jak: kieliszeczek wyśmienitej nalewki pigwowej autorstwa pana domu, cudowny smak sałatki serowo- ananasowej, którą serwuje moja przyjaciółka, zabawę z psami, przyglądanie się rajcującym sikorkom przy karmniku w ogrodzie, spacer.

Widoki przepiękne, niepokalana biel śniegu w starym parku zdrojowym aż onieśmiela, niemal irracjonalnie powstrzymuje przed wtargnięciem na alejki, bo żal  ją zakłócać śladami butów. Ze względu na aurę spacerujących jest znacznie mniej niż w sezonie letnim, co jeszcze potęguje wrażenie odrealnienia. Wokół panuje cisza, nic nie zakłóca kontemplacji zimowej przyrody.008

Wędruję znanymi szlakami. Do stylowego sanatorium „Marconi”, dalej do pięknie odnowionej „Willi zielonej” – wspaniałego zabytku drewnianej architektury kurortowej, mijam maleńki kościółek, który właśnie odzyskuje swą świetność, więc jeszcze opleciony jest rusztowaniami. Dochodzę do rewelacyjnie odnowionego „Bristolu” i podziwiam pracę architektów, którzy harmonijnie połączyli „stare” z „nowym”. Spacer kończę w „Kawiarni Cynamonowej”, gdzie przy wysokiej szklance kawy latte, oczywiście cynamonowej i „prasówce” czekam, aż moja przyjaciółka ukończy lekcję angielskiego. Czytaj dalej

„Prawda… o zdradzie”

013 Kraków  w  wieczornej scenerii jest bajkowy. Z przyjemnością spacerujemy po starówce, przystajemy przed wystawami sklepików na Floriańskiej, zaglądamy do „Empiku”. Kierujemy się ku rynkowi. Wyniosłe wieże kościoła Mariackiego i podświetlone Sukiennice sprawiają bajkowe wrażenie.  Z zaparkowanych przy nich dorożek dobiegają nas zaproszenia na przejażdżkę, ale nie mamy czasu na tę przyjemność. Przed  godziną osiemnastą musimy odebrać, cudem załatwione przez znajomych, bilety w kasie teatru „Bagatela”.

Do rozpoczęcia spektaklu mamy jeszcze półtorej godziny. Postanawiamy spędzić ten czas na kawie. Mimo, że dookoła kawiarenek, lokalików, pubów bez liku, o miejsca trudno. No cóż, przecież to kolejna sobota karnawału, w centrum Krakowa widać to najlepiej.

W końcu znajdujemy miejsca w cukierni „U Sowy”, wnętrze niewielkie, ale przytulne. Wertujemy kartę słodkości – wybór trudny, wiadomo „osiołkowi w żłoby dano” i to kusi i to nęci. W końcu każdy z nas zamawia coś innego, a potem bez żenady podjadamy sobie wzajemnie, kosztując cudzych przysmaków. Popijamy kawę z charakterystycznych filiżanek ozdobionych wizerunkiem sympatycznej sowy. Wszystko jest pyszne, ale też kaloryczne, więc mamy pewne kłopoty z podniesieniem się z miejsc. Na szczęście do teatru nie mamy daleko. Czytaj dalej

Wystawa dzieł Olgi Boznańskiej

Zaraz po usłyszeniu radiowego komunikatu, że w Krakowie wystawa dzieł Olgi Boznańskiej otwarta jest tylko do pierwszego lutego, zapadła spontaniczna decyzja – jedziemy!

Nieco zaniepokoiła nas informacja, iż cieszy się ona takim powodzeniem, że po bilet trzeba postać około czterech godzin (w weekendy jeszcze dłużej), a rezerwacji przez internet dokonać już nie można. Ale my, Polacy lubimy wyzwania…

Postanowiliśmy spróbować „na wydrę”, z zaskoczenia i w sobotę trzydziestego pierwszego stycznia ruszyliśmy do Krakowa. Pierwszym sukcesem było znalezienie miejsca na parkingu zaraz za budynkiem Akademii Górniczo – Hutniczej, rzut beretem od gmachu głównego Muzeum Narodowego. Uskrzydleni tym faktem, raźno ruszyliśmy w kierunku muzeum. Na zewnątrz nie było widać wystających „ogonów”, więc podbudowani weszliśmy do środka. Tam miny nam zrzedły…

Westybul szczelnie wypełniał ludzki tłum. Trochę czasu zajęło nam zorientowanie się, iż ciżba podzielona jest na dwie kolejki. Pierwszą, trzykrotnie zakręconą, tworzyli ludzie pragnący nabyć bilet, drugą, nieco krótszą, szczęśliwcy z biletami oczekujący na wejście na wystawę. Podzieliliśmy się na  grupy i zajęliśmy miejsca w obu kolejkach naraz. Podbudowani własnymi zdolnościami logistycznymi, snuliśmy rozważania o niesłuszności stwierdzenia, iż naród nie garnie się do kultury. No bo jak to się ma do faktu, iż  bilety do teatru trzeba rezerwować z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, a na wejście na wystawę czekać w długich kolejkach? Widocznie nie jest tak źle…

012Wreszcie pełen sukces. Pani uchyla przed nami barierkę i pozwala wejść do sal wystawowych, wskazując równocześnie, że początek zwiedzania winniśmy zacząć od lewej strony.

Wystawa podzielona jest tematycznie – portrety, portrety dzieci, pejzaże, martwe natury, autoportrety i sceny z atelier, drobiazgi należące do artystki, dokumentacja prac konserwatorskich. Czytaj dalej

Filcowy naszyjnik

Przeglądając biżuterię stwierdziłam, iż brakuje mi wyrazistego drobiazgu , który mogłabym nosić do swetrów. Czegoś co ożywi monotonię gładkich płaszczyzn i będzie przykuwać wzrok. Naszyjnik!

Nie bacząc na późną porę zabrałam się za przeszukiwanie szuflady z artykułami do filcowania. Rozłożyłam na biurku bąbelkową folię, na której zaczęłam układać kłaczki wełny i skrapiać je mydlaną wodą. Początkowo planowałam zrobić naszyjnik w ciepłych odcieniach rudych brązów, ale po wykonaniu podstawowego „dreda”,stwierdziłam, że wygląda on mdło i nijako. Postanowiłam dodać mu nieco charakteru, poprzez „szczypty” bakłażanowego fioletu.  Tym razem efekt zadowolił mnie, więc tarłam dredem zapamiętale, aby wełna należycie się się „zbiła”.  Dodatkowy bonus filcowania na mokro, to wzmocnienie mięśni ramion, „nietoperze” filcującym paniom nie grożą 😉

Starałam się  nadać dredowi kształt zwężający się ku końcom. Kiedy uznałam, że już wszystkie włókienka scaliły się,  ułożyłam dreda w „podkówkę” aby wysechł, i zajęłam się  przygotowywaniem filcowych kulek, które miały ozdabiać centralną część naszyjnika. Poprzekładane między sobą warstewki kolorowych wełen wielokrotnie moczyłam w ciepłej „mydlance” i mocno ściskałam, starając się nadać im kształt kulki. Kiedy udało mi się to osiągnąć dodawałam pasma poszczególnych kolorów, starając się rozłożyć je w miarę dekoracyjnie. Przygotowany „koral” tak długo turlałam po folii, aż nie nabrał zwartości. Na koniec „nadziałam” go na patyczek do szaszłyków i odłożyłam do wyschnięcia. W podobny sposób przygotowałam cztery następne „korale”

002Nazajutrz zabrałam się za montaż elementów. Filcowe kulki przyszyłam niesymetrycznie w centralnej części „obroży”, dodałam drewniane i szklane elementy. Zadowolona z efektu chciałam jak najszybciej przymierzyć swoje dzieło. Niewiele myśląc, sięgnęłam po „kropelkę” aby umocować uchwyty….no i stało się. Klej związał nie tylko wykończenie naszyjnika, ale również wyciekł mi na dłoń i zlepił  dwa palce. Wrażenie straszne, delikatna skóra między kciukiem a wskazującym zrobiła się jak poparzona a następnie zaskorupiła się w szorstką warstwę. Próbowałam zmyć klej zmywaczem do paznokci, ale nie udało się. Dopiero długie trzymanie dłoni w ciepłej wodzie sprawiło, że klej zaczął puszczać. Resztę wieczoru spędziłam na oskubywaniu palców z „kropelkowych” łusek.006 Czytaj dalej

Dublin. Katedra świętego Patryka

Katedra pod wezwaniem św.Patryka

Katedra pod wezwaniem św.Patryka

Stoję przed monumentalną budowlą wzniesioną z szarego kamienia, podobnie jak inne irlandzkie świątynie z tego okresu. Przyglądam się regularnej bryle bazyliki, której symetrię „psuje” dolepiona czworograniasta wieża, ozdobiona zegarem i zwieńczona iglicą. Zaglądam do przewodnika, no tak, wieża zachodnia – choć nie rozumiem dlaczego to zaznaczają, przecież innej nie ma – została odbudowana w 1370 roku przez biskupa Minota, w miejsce wcześniejszej, spalonej.   Ogarnąwszy ogół, przechodzę do szczegółu. Ślizgam się wzrokiem po detalach… Czytaj dalej