Jak generować sobie robotę, czyli co wyniknąć może z rosołu…

Od kilku dni „chodził” za mną rosół. Nie żadna tam tłusta woda z wymoczkowatego kurczaka marketowego, tylko solidny bulion na wołowinie. Powszechnie wiadomo, że jedynym sposobem na pokusę jest jej ulec, więc i ja postanowiłam z nią nie walczyć.

Zakupiłam wołka w dwóch gatunkach – szponder aby rosół miał należytą „tęgość”, oraz  tak zwaną „dolną zrazówkę”, aby smak zupie nadała. Do tego solidną porcję warzyw, żadna tam „włoszczyzna z pęczka”, tylko starannie wybrany seler, dwie pietruchy, dorodne marchewki, jędrny por.

Opłukane mięso włożyłam do gara z zimną wodą i powoli gotowałam na wolnym ogniu. Po zagotowaniu zebrałam pływające po wierzchu szumowiny, dodałam obrane warzywa i leciutko podkręciłam płomień palnika.

Gdy zupka gotowała się, ja opiekłam nad ogniem średnią cebulkę i również dołożyłam do garnka. Rosół nabierał już koloru i aromatu, więc wrzuciłam jeszcze zamrożoną gałązkę lubczyku i liście selera oraz doprawiłam vegetą. Aromat rozniósł się po kuchni, nie wytrzymałam i nalałam sobie kubeczek wywaru. Złocisty rosołek mrugał do mnie drobnymi oczkami tłuszczu. Doprawiłam go jeszcze zahartowanym żółtkiem ( jak szaleć to szaleć) i posiekaną zieloną pietruszką. Ostrożnie spróbowałam bo gorący.Pycha! Taki z tych, co umarlaków stawia na nogi, esencjonalny, dzięki dodatkowi żółtka, aksamitny. Po prostu poezja.

Ale zostaje ugotowane mięso i warzywa, trzeba je „zagospodarować”, więc postanawiam zrobić z nich pierogi.

Odczekałam dzień ( na tym pożywnym bulionie to nic trudnego) aby mięso dobrze wystygło i „stęgło” się,  po czym zmieliłam wraz z warzywami. Farsz obficie doprawiłam solą i pieprzem oraz dodałam trzy zeszklone na maśle, drobno pokrojone, cebulki.

Została mi ta najmniej przyjemna czynność czyli zrobienie ciasta pierogowego. Nie lubię tego, bo zazwyczaj, gdy już mam ręce całe oblepione mąką, a między palcami przylepia mi się mączny klajster, wtedy akurat dzwoni telefon…

Patent na ciasto pierogowe mam od dawien dawna, zdradziła mi go doświadczona kucharka. Otóż nie dodaje się żadnych jajek, żadnych żółtek  (od nich ciasto robi się twarde) tylko dobra mąka ( ja biorę tortową) sól i wrzątek. Dużo wrzątku. Na 1/2 kg maki biorę go półtora kubka ( nie od razu, partiami) Początkowo mieszam składniki nożem, potem gdy woda nieco ostygnie zagniatam rękoma.

Ciasto wychodzi elastyczne, daje się cienko rozwałkować i ładnie się lepi.

Wprawdzie znam sposób na robienie pierogów ” z wałka” ciasta, ale wolę ten tradycyjny – rozwałkować na cienki placek i wycinać okręgi szklanką. Wtedy mam gwarancję, że wszystkie wyjdą równiutko.

Solidnie napycham farszem ciastowe kółka, zalepiam brzegi a dla pewności i dekoracyjności robię jeszcze wrąbki widelcem.

Teraz gotowe  czekają na ugotowanie w osolonej wodzie, a ja przygotowuję „omastę”. Znowu siekam cebulkę i podsmażam ją na oliwie z masłem na złoty kolor. Do tego przyda się surówka tradycyjna, z kiszonej kapusty, cebulki i oregano.

Farszu mi jednak zostaje solidny kopczyk, więc co dalej? Nie mam ochoty na ponowne robienie ciasta pierogowego, więc robię naleśnikowe, znacznie prostsze i szybsze. Po usmażeniu naleśników przekładam je nadzieniem, składam „na cztery” i panieruję w tartej bułce. Gotowe dosmażenia krokieciki odkładam do lodówki, obdaruję nimi dzieci, które przyjdą na niedzielny „pierogowy” obiad.

„Z rozpędu” piekę jeszcze szarlotkę. Będzie na deser.

Trzy kilogramy jabłek różnych gatunków ( bo jedne mają aromat, drugie kwaskowatość a jeszcze inne mączystą konsystencję) obieram  je cieniutko i kroję w ćwiartki, usuwając gniazda nasienne. Tak przygotowane rozprażam w garnku, na początek dolewając  na dno trochę wody. Kiedy już większość owoców rozpada się, smakuję i w miarę konieczności dodaję trochę cukru z wanilią lub nieco soku z cytryny. Dosmaczam wermutem ( białe półsłodkie martini) i cynamonem.

Zagniatam kruche ciasto.

1/2 kostki masła i 2 łyżki smalcu siekam z 2 szklankami mąki tortowej. ( ja zastępuję  1/4 część mąki tortowej krupczatką – ciasto wychodzi bardziej kruche)

Osobno ubijam 1 całe jajko i 1 żółtko z 10 dekagramami cukru, cukrem waniliowym i 2 łyżeczkami proszku do pieczenia. Mieszam z mąką z tłuszczami, szybko zagniatam i wkładam do lodówki na co najmniej 1 godzinę.

Wylepiam ciastem dno i boki tortownicy i wkładam do nagrzanego (180 stopni) piekarnika. Kiedy już spód nabiera złocistego koloru nakładam nań jabłeczną masę. Na jej wierzchu, z resztek kruchego ciasta robię „obrąbek”. Całość ponownie wędruje do piekarnika, a ja w tym czasie ubijam śmietanę 30% wraz fixem dr Oetkera i cukrem pudrem. Kiedy krem osiąga należytą sztywność, dodaję doń opakowanie serka mascarpone.

008Z tak przygotowanej masy, formuję na wierzchu gotowego  ( i wystudzonego) jabłecznika „płaskorzeźbę” jabłka. Jeszcze tylko rozsmarowuję na folii aluminiowej roztopioną gorzką czekoladę na kształt listków i wkładam je do lodówki. Kiedy zastygną ozdobię nimi  kremowe jabłko.

Teraz tylko pozostaje mi posprzątać kuchnię i pozmywać stertę naczyń i już będę mogła oczekiwać gości. mam nadzieję, że apetyt im dopisze.

9 uwag do wpisu “Jak generować sobie robotę, czyli co wyniknąć może z rosołu…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s