Włoszakowice, Ciążeń, Dobrzyca – masońskie ślady w Wielkopolsce.

W swoich podróżach  (bez Kolberga) po kraju, trafiam do Włoszakowic, niewielkiej miejscowości w pobliżu Leszna, miejsca urodzin Karola Kurpińskiego. Znajduje się tam pałac księcia  Aleksandra Józefa Sułkowskiego ( tego od Rydzyny), ministra  Augusta III Sasa.040

Oryginalna budowla, wzniesiona  jest na planie trójkąta równobocznego, o wklęsłych narożnikach.  Ten nietypowy obrys tłumaczony jest analogią do kielni – symbolu wolnomularstwa. Tropiciele masoników upatrują  w pięciokątnej wyspie, na której stoi pałacyk, nawiązania do pentagramu. Mnie jednak wydaje się to mało prawdopodobne, gdyż wyspa jest dużo wcześniejsza  niż budynek. Zanim Sułkowski wzniósł  swój pałacyk, stał tam zameczek Gryżyńskich, a później Opalińskich. Czytaj dalej

Reklamy

Sutasze

Uff… Najpiękniejsze w świętach jest to, że mijają, pozostawiając po sobie tylko garść gadżetów i zmęczenie.

Ale na razie, do następnej okazjonalnej gotowości jeszcze dobre osiem miesięcy ( choć licznik bije) więc jest czas na ważniejsze sprawy, takie choćby jak podróże, lekturę, wyjazdy, rękodzieło.

Przez  świąteczne przygotowania, a potem wyjazdy zaniedbałam nieco prace rękodzielnicze. A nazbierało mi się trochę „takich do wykończenia”, zaczętych, w połowie zrobionych i prawie skończonych ( z naciskiem na „prawie”).

Na „pierwszy ogień” poszedł naszyjnik dla córki. Dość prosty w formie, jedyną jego ozdobą jest przejrzysty fluoryt, stanowiący centralny punkt wisiorka.  Praca w zasadzie ukończona, muszę tylko podszyć ją „od lewej” mięciutką skórką, pozyskaną z niezgubionej rękawiczki. Czas na to wielki, bo niedługo dziecko przyleci, więc wypada ofiarować kompletny prezent.001 Czytaj dalej

Sobota w Inowrocławiu.

Do stolicy Kujaw sprowadziły mnie obowiązki służbowe. Bardzo mnie to cieszyło, bo dawało wreszcie możliwość zwiedzenia  miasta. Przejeżdżałam przez Inowrocław wielokrotnie, czasem zatrzymywałam się ” na chwilkę”, ale do tej pory nie miałam okazji  obejrzenia jego centrum. Inowrocław ma swoje piękne miejsca, np.  część zdrojową z parkiem i tężniami, które odwiedziłam w zeszłym roku, ale jakie jest śródmieście nie wiem. Nadeszła pora, aby to nadrobić. 012 Spacer po mieście zaczynam od Placu Klasztornego. Miejsce zawdzięcza swą nazwę, mieszczącemu się tam niegdyś,  kościołowi klasztornemu Franciszkanów, jednemu z pierwszych gotyckich kościołów w Polsce. Dziś o tej budowli przypomina odlana w brązie makieta, przedstawiająca wizualizację obiektów klasztornych z okresu ich największej świetności.008 Czytaj dalej

Znów w podróży cd.

Następnego dnia zaczynamy od Osiecznej.

Mieścina niewielka, ale urokliwa, pięknie położona nad jeziorem Łoniewskim.

Pierwotnie należała do Wojsława Borek z Gryżyny i najprawdopodobniej on to nadał Osiecznej prawa miejskie (ok.1370). Do około 1500 miejscowość była w rękach potomków Wojsława, od których odkupił ją Łukasz II Górka i przez kolejne prawie sto lat należała do jego spadkobierców. Po bezpotomnej śmierci Stanisława Górki posiadłość przejął jego siostrzeniec Andrzej Czarnkowski, wojewoda kaliski, który rozbudował dawny zamek Borków. Później Osieczna przechodziła kolejno w ręce Przyjemskich, Opalińskich, Mycielskich i Skoroszewskich. W 1793 miasto doszczętnie spłonęło, a w kilka lat później  Mikołaj Skoroszewski sprzedał majątek na licytacji. Nowy właściciel niedługo cieszył się  nabytkiem, bo zadłużony majątek wraz z zamkiem przeszedł na własność banku w Berlinie. Kolejni właściciele nie mieszkali w Osiecznej, co przyczyniało się do upadku miasta. Dopiero w 1861 roku Heinrich Burghard Abbeg  przeprowadził gruntowny remont zamku, nadając mu neobarokowy kształt. Kolejna przebudowa i renowacja miała miejsce w latach 1895 – 1906 i dokonana została przez Heinricha  von Heydebrandta un der Lasa.  W rękach Heydebrandtów Osieczna pozostawała do 1945 roku. Jako ciekawostkę mogę podać, że dyplomata i szachista, Tassilo von Heydebrandt un der Lasa,pod koniec swego życia zamieszkiwał w Osiecznej, tutaj zmarł i tu jest pochowany na cmentarzu protestanckim.

Ale najpierw należy oddać Bogu, co boskie, więc odwiedzam klasztor i kościół pod wezwaniem św. Walentego, wzniesiony dla Franciszkanów Reformatów, których sprowadził do Osiecznej w 1622  Adam Przyjemski. Obecne budynki sakralne zostały wzniesione z fundacji Marianny Mycielskiej i jej syna Józefa w latach 1729-1733 według planów Pompeo Ferrariego.002 Czytaj dalej

Znów w podróży…

Z poleceniami przełożonych dyskutować nie należy… Zwłaszcza, gdy szalenie nam pasuję.

Na  wieść „wyjazd służbowy” raźno zabrałam się za pieczenie drożdżówki ze śliwkami (bo muffinki trochę się nam przejadły). Przepis mam genialny, ciasto zawsze się udaje, a co najważniejsze nie wymaga długotrwałego wyrabiania.

50 gram drożdży rozcieram z łyżką cukru, zalewam szklanką letniego mleka i wstawiam do piekarnika rozgrzanego do 60 stopni aby urosły. W tym czasie mieszam 3 łyżki cukru pudru z 3 łyżkami mąki tortowej i 80 gramami rozpuszczonego, gorącego masła i zagniatam wszystko na kruszonkę. Dryluję śliwki ( te okrągłe meksykańskie bo mało soczyste), wykładam blachę papierem do pieczenia i ubijam 4 jajka ze szklanką cukru.  Kiedyś brałam tylko żółtka, ale od czasu, gdy przez pomyłkę wrzuciłam całe jajka co nie tylko nie zaszkodziło wypiekowi, ale wręcz podniosło jego jakość, nie bawię się  w ich oddzielanie…

Wlewam wyrośnięte drożdże dosypuję 3 szklanki mąki, dolewam 100 gram rozpuszczonego, przestudzonego masła, olejek zapachowy waniliowy ( ale pomarańczowy też się doskonale sprawdza) i wszystko krótko miksuję.

Przelewam ciasto na blachę, układam na nim ćwiartki śliwek, posypuję kruszonką i wkładam do piekarnika w temperaturę ok 120 stopni na jakieś 20 minut, aby ciasto wyrosło. Po tym czasie zwiększam temperaturę do 180 stopni i piekę jeszcze 20 minut.

Mój wkład w wyjazd jest prawie zakończony -prawie bo jeszcze zostaje mi nastawienie budzika na 6…

Ranek jest zadziwiająco chłodny, więc zakładam botki a pod kurtkę dodatkowy sweterek wyciągnięty z szafy „na chybił – utrafił”. Raczej chybił…

Pierwszym przystankiem są Manieczki – dworek generała Wybickiego w pięknym, acz nieco zaniedbanym, parku.003„Dworek Wybickiego” to przekłamanie, gdyż siedziba w której mieszkał generał, spłonęła kilka lat po jego śmierci.  Syn Wybickiego, Ksawery sprzedał majątek Dezyderemu Chłapowskiemu. Czytaj dalej

Znów w podróży służbowej…

Święta minęły, pogoda się poprawiła czyli znak, że znów można ruszyć w drogę…

Polskie drogi, jak wiadomo mają to do siebie, że lubią zaskakiwać. Czasem, zwłaszcza przy objazdach, przekształcają się w drożynę pylistą i wyboistą, za to prowadzącą do miejsc „nieodkrytych”.018Taka właśnie droga prowadzi do dworu w Chrząstowie.

Wieś ma długoletnią historię, w 1230 roku komes Bronisz testamentem zapisał ją Cystersom z Paradyża. W 1263 Bolesław Pobożny odzyskał ją od klasztoru w zamian za wsie Grodzisko i Słocin, a 1296 wieś przeszła na własność wojewody kaliskiego Mikołaja z Gostynia.  Na przełomie  XIV i XV wieku właścicielem wsi był Paszko Chrząstowski. W latach 70  XIX wieku Chrząstowo przeszło na własność Skarbu Domen Królestwa Pruskiego, a w 1920 zostało przejęte przez skarb państwa polskiego.

Dwór zbudowano w połowie XIX wieku, a po upaństwowieniu w 1945 roku, przeznaczono go na szkołę, którą to rolę pełni do dziś.

Budynek usytuowany jest nie opodal drogi, w krajobrazowym parku, w chwili obecnej mocno zaniedbanym. Sam dwór jest budowlą podpiwniczoną, parterową, o podwyższonej o jedną kondygnację, centralnej części.013Zarówno od frontu, jak i od tyłu, w centralnej części budowli znajdują się  bliźniacze wejścia, do których prowadzą otoczone niskim murkiem schodki i niewielki ganeczek. Czytaj dalej

Święta…

O ile w pierwszy dzień świąt ja byłam gościem, to drugiego przedzierzgnęłam się w gospodynię. Dla miłych gości postanowiłam na obiad przygotować kurczaka w miodzie, zielony ryż, dip ziołowy, bo z pieczonego kurczaka sosiku mało 😦 oraz jarzynki na parze, a dla tych co lubią i sos tatarski ( bo nakroiłam go „za wiele” i w związku z tym zostałam w niego „wyposażona” wraz z innymi smakołykami  z powrotem do domu)

Jako deser zaplanowałam sernik na zimno – musiałam zagospodarować pozostałe od sosu żółtka i tort schwarcwaldzki.

Zaczęłam od  kurzęcich nóżek,  które obficie natarłam mieszaniną miodu, oliwy ostrej papryki i pieprzu cayenne i soku z pomarańczy. Od razu nabrały ognistego kolorku 🙂 a gdy do poleżą w marynacie nabiorą i wyrazistego smaku. Na godzinkę przed przyjściem gości włożę je do piekarnika, aby się upiekły.

Przygotowałam też szpinak, który poddusiłam na maśle z dodatkiem (dość dużym) czosnku, pieprzu i soli. Przed podaniem obiadu wymieszam go z  ugotowanym ryżem, który w ten sposób uzyska nie tylko konkretny smak ale i piękny kolor.

Mieszankę warzyw ( z mrożonki) umieściłam na sicie nad garnkiem z gotującą się wodą i przykryłam pokrywką.014 Czytaj dalej

Mazurki – cd.

Zgodnie z „mazurplanem” w czwartek zabrałam się za kolejne zagniatanie kruchego ciasta, tym razem wzbogaconego o cukier z prawdziwą wanilią (jak głosi nazwa na etykietce, przy delikatnym wtórze ceny). Podczas gdy ciasto „odpoczywało”w lodówce, ja „łapałam” dziecko na skypie, aby przypomniało mi przepis na cytrynowy curd, gdyż do tej partii mazurków chciałam go użyć zamiast dżemu.

Dziecku też przepis wyleciał z głowy, ale zasięgnęło do cudzej pamięci (pani Morgasiu, pozdrawiam) i przysłało co następuje:

100gram masła, 3/4 szklanki cukru i sok z jednej cytryny rozpuścić w kąpieli wodnej

Ubić 3 całe jajka ( ja ubijałam 3 minuty na wysokich obrotach) i wraz z sokiem z 2 cytryn (zastąpiłam je pomarańczami) i skórką otartą z jednej dołożyć do rozpuszczonych składników.

Dalej w przepisie widnieje enigmatyczne – mieszać aż zgęstnieje i zacznie się kleić do łyżki (koniecznie drewnianej). Więc mieszam, mieszam, mieszam…i nic. Ani nawet nie myśli gęstnieć 😦

Po pół godziny mieszania usprawniłam pracę, to znaczy lewą ręką nadal mieszałam, a prawą wylepiałam mazurki – tym razem nieco mniejsze owale – takie „święconkowe”. Pierwsza blacha z ciastem już w piecu, a curd nadal rzadziutki, spody upieczone, a on nadal zamiast się lepić, swobodnie spływa z łyżki. Wreszcie gdzieś po godzinie mieszania zaczyna gęstnięć, przypominać konsystencję budyniu. Hurra! Zgodnie z zaleceniem wlewam  apetycznie żółty curd do wyparzonych słoiczków i odstawiam do wystygnięcia. 011 Czytaj dalej

O tym jak nie skończyłam mazurków…

Przedświąteczny czas biegnie  jak sprinter,  na finiszu maksymalnie przyspiesza.  Mimo, iż teoretycznie wiadomo, że Wielkanoc nadejdzie, to jednak każdorazowo zaskakuje, że „to już”.

W tak zwanym międzyczasie (moja polonistka bardzo uczulała na „w tak zwanym”, więc pani Psor, stosuję się) porządków, błyszczenia szyb, odkurzania itp. musiałam popiec mazurki. Jeśli chodzi o ścisłość, to pierwszą ich partię, bo kolejne będę piekła cyklicznie w miarę potrzeb ( obdarowuję nimi przyjaciół i znajomych, więc potrzeby będą)

Bladym świtem zagniotłam kruche ciasto ( to samo co na spód szarlotki) i skierowałam  je na zimny wychów do lodówki, na jakieś trzy godziny.  Aby nie marnować deficytowego czasu, zabrałam się za mycie  szklanych drobiazgów, a że jestem entuzjastką szkła, to trochę tego jest. Myłam  więc „na raty”.

Kiedy kolejna partia „szklaków” obciekała na suszarce, zaczęłam formować mazurki nadając im kształt owalny, bo taki daje najwięcej możliwości dekoracji, no i kojarzy się z wielkanocnymi jajkami. Właśnie pracowałam nad detalami ozdobnymi, gdy za plecami usłyszałam trzask. To schnący kieliszek do czerwonego wina rzucił się do zlewozmywaka, zapewne z powodu depresji, na tle odrzucenia 😉 bo mało go używałam (wolę wino białe). Trzeba się więc było oderwać od mazurków i zająć  doczesnymi szczątkami pucharku.

Po ogarnięciu szklanych odłamków, wracam do ciasta. Gotowe owale układam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i wkładam do piekarnika w temperaturę 180 stopni na jakieś 20 minut. W  tym czasie przygotowuję masę kajmakową – puszkę skondensowanego mleka słodzonego ( tę czerwoną, z Gostynia) już wcześniej gotowałam dwie godziny, aby uzyskać gęsty kajmak. Teraz mieszam jej część z kilkoma łyżkami serka mascarpone. Osobno rozpuszczam w kąpieli wodnej czekolady, białą i gorzką oraz rozwałkowuję masę marcepanową. Przygotowuję bakalie do dekoracji – rodzynki, orzechy i kandyzowaną skórkę pomarańczową a także cukier puder na lukier, spożywcze barwniki  i (z pewnym bólem serca, bo to ostatnia 😉 otwieram  konfiturę z czarnej porzeczki).

Wystudzone spody mazurków smaruję najpierw konfiturą, potem masą kajmakową a na to wszystko jeszcze czekoladę lub marcepan.

Kiedy masy z lekka zastygają układam dekorację – kurczaka, tulipan, zająca, lekko podbarwiam i uzupełniam bakaliami.001 Czytaj dalej