Polowanie na wyprzedażach, czyli po północnej stronie Dublina – Wspomnienia z Zielonej Wyspy 3

Korzystając z tego, że mogę swobodnie poruszać się po centrum, wybrałam się na shopping .  W końcu zaczęły się wyprzedaże, każdy sklep udekorowany jest bądź to banerem, bądź plakatem z olbrzymim  napisem „SALE”. Wszystkie kuszą co najmniej 50 procentowymi przecenami.IMG_5705

Mostem Ha’penny przeprawiam się przez Liffey na północny brzeg, gdzie mieści się prawdziwe zagłębie sklepów, butików i centrów handlowych. Zaczęłam od centrum handlowego Jervis.  Mimo, że uczciwie obeszłam prawie wszystkie sklepy, nie znalazłam niczego, czego bym specjalnie upragnęła. Za to rozbawiła mnie  kiczowata grota św. Mikołaja, który najwyraźniej jeszcze nie wziął „wolnego”.

Niezrażona niepowodzeniem dalej penetrowałam sklepy na Henry Street. Wchodzę do kolejnego centrum, w którym mieści się  mój ulubiony TK Maxx. W Polsce rzadko udaje mi się z niego wyjść   bez zakupu. Pełna nadziei więc  przeglądam ofertę. Niestety  tutaj albo nie mój rozmiar, albo nie mój kolor. A najczęściej  wszystko naraz, plus jeszcze fason jakby z sprzed czterech sezonów. W butach  po prostu rozpacz… Mój rozmiar  w ogóle nie jest reprezentowany. No przepraszam, owszem jest… w dziale dziecinnym. Ale nie jest moim marzeniem posiadanie czarnych lakierowanych balerinek z obowiązkowym paseczekiem wokół kostki i ozdobionych różową kokardką, ani różowych tenisówek. Zdegustowana ruszam dalej.

Dotarłam do Arnottsa, podobno najelegantszego, a na pewno najstarszego  i największego domu towarowego w Dublinie. Jego historia sięga połowy XIX wieku, a w obecnym budynku funkcjonuje od 1895 roku.  Całkowita powierzchnia sklepu to prawie 28 tysięcy metrów kwadratowych ( 300 000 ft) jest wiec po czym spacerować.IMG_5609

Znalazły tam miejsce stoiska  wielkich światowych marek i  popularnych sieciówek. Na poziomie parteru perfumeria, buty, torebki,  galanteria, czyli to, co lubię najbardziej.  Z wystawionych rzeczy najbardziej podobała mi się prosta torba Longchampa, niestety mimo pięćdziesięcioprocentowej przeceny ciągle jeszcze potwornie droga – 375 euro…

Obeszłam wszystkie okoliczne sklepy (a jest ich bez liku) nie znajdując nic dla siebie. No bywa i tak.

W Dublinie bardzo dużo jest sklepów  „Carroll’s”, tak zwanych „zielonych”, z typowymi irlandzkimi pamiątkami.  Widać, że Irlandczycy dumni są ze swego dziedzictwa i szeroko je promują. Bez trudu można zaopatrzyć się  tam w najrozmaitsze gadżety stylistycznie kojarzące się z Irlandią, nadające si na „pamiątki” i suwenirki dla znajomych.  Asortyment szeroki, od magnesów na lodówkę z koniczyną czy leprechaunem, poprzez koszulki z logo Guinnessa, aż po biżuterię stylizowaną na celtycką, pośród której najwięcej miejsca zajmują warianty pierścienia Claddagh. Dla bardziej wyrafinowanych są piękne ( ale koszmarnie drogie) wyroby artystyczne w licznych galeriach.

Wracając , na skrzyżowaniu O’Connell St i Earl St. zauważyłam stojącego Jamesa Joyce’a. On najwyraźniej też niczego nie kupił, bo nie był obwieszony obrandowanymi reklamówkami …IMG_5737

5 uwag do wpisu “Polowanie na wyprzedażach, czyli po północnej stronie Dublina – Wspomnienia z Zielonej Wyspy 3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s