Zamek w Łańcucie – Bieszczadzka wyprawa

Łańcucki zamek należy do najbardziej znanych w Polsce. Codziennie zjeżdżają tłumy chcących obejrzeć rezydencje Lubomirskich i Potockich. Dołączyliśmy do nich i my ustawiając się w długiej kolejce do kas…

Początki zamku związane są z rodem Pileckich, w  XVII wieku Łańcut należał do Stadnickich. Słynny „Diabeł łańcucki”  Stanisław Stadnicki podobno do dziś straszy do dziś w okolicach zamku przybierając postać jezdzca bez głowy.  W latach 30 tych tegoż wieku  Łańcut przeszedł na własność Lubomirskich.  Za czasów Stanisława Lubomirskiego (1629 -1641) zamek został  przebudowany według planów  Macieja Trapoli. Wtedy to rezydencja została potężnie ufortyfikowana, co uchroniło ją przed zdobyciem przez Szwedów i Węgrów. W rękach Lubomirskich Łańcut pozostawał do 1816 roku, kiedy to stał się własnością wnuków księżnej marszałkowej Izabeli Lubomirskiej, Alfreda i  Artura Potockich. Po 1830 roku dobra łańcuckie stały się ordynacją z Alfredem Potockim jako pierwszym ordynatem. Artur Potocki otrzymał Krzeszowice. Potoccy mieszkali na zamku do 1944 roku. Dzięki koligacjom rodzinnym udało im się w czasie wojny zatrzymać apartamenty  na piętrze zamkowym( na parterze  mieścił się sztab Wermachtu).  Podobno hrabia często gościł u siebie Hermana Goeringa i odmówił współpracy z AK.  Może dzięki temu, na wieść o zbliżającej się armii czerwonej, Alfredowi udało się uciec na zachód, a nawet za pozwoleniem Niemców, wywiezć  z zamku  małe „co nieco” ( zdaje się że to „co nieco” obejmowało kilkanaście wagonów kolejowych)…

W okresie Polski Ludowej na zamku powstało muzeum, dające pojęcie o przepychu siedzib magnackich.

Zwiedzanie zamku odbywa się wyłącznie z przewodnikiem. Kupujemy więc bilety i kornie podążamy za przewodniczką. Ta akurat trafiła nam się niespecjalna. Na wstępie zaznacza, że nie lubi, gdy staje się jej za plecami, nie toleruje także opózniania grupy. Nie życzy  sobie również żadnego pozostawania w poprzednich pomieszczeniach, zdjęć pozowanych itd.  Coś dużo jest tego „nie”…

W to, co mówi,  nie wkłada serca, raczej klepie wyuczony tekst.  Każe nakładać kapcie ( posadzki zabytkowe) i zagania nas, niby owczarek stado, grupując w sieni. Wkrótce przekonujemy się, że jej ulubione zdanie brzmi „to możecie sobie państwo dokładnie obejrzeć w internecie”. Powtarza je przy każdej okazji.

Poganiani kolejno zwiedzamy prywatne apartamenty pana i pani domu, salę balową, jadalną,  teatr dworski. Następnie tą sama metodą (czyli poganianiem)  przebiegamy przez galerię starożytności. Na chwilę  jednak zatrzymujemy się przy jedynej w Polsce pracy Antonia Canovy.   Posąg księcia Henryka Lubomirskiego przedstawionego jako Amor, autorstwa znakomitego artysty, stoi w specjalnie  dlań zaprojektowanej (przez  B. Zuga i J. Ch. Kamsetzera) wzorowanej na antycznych świątyniach,  galerii. Rzucamy też okiem na  kaplicę. Następnie opuszczamy główną bryłę pałacu dowiadując sie, że pomieszczenia drugiej kondygnacji również można zwiedzać (oraz, że są bardzo ciekawe), ale my tego nie doświadczymy … „Możecie je państwo zobaczyć w internecie”… Przewodniczka gna nas do powozowni, która oprócz kolekcji powozów i bryczek mieści także trofea myśliwskie Alfreda Potockiego. Oglądamy kolekcję powozów galowych i codziennych, pomieszczenia stajenne, kolekcję utensyliów jezdzieckich i podróżnych. Moją uwagę przykuwa jednak obraz W. Kossaka.Odnoszę wrażenie, że przewodniczka oddycha z ulgą żegnając naszą grupę i pozwalając samodzielnie spacerować po ogrodach zamkowych.

Rezygnujemy z odwiedzenia storczykarni na rzecz dobrych lodów w urokliwym ogródku urządzonym pomiędzy szklarniami. To miła chwila wytchnienia po mieszanych wrażeniach wyniesionych z pałacowych wnętrz. Pokrzepieni zimnym smakołykiem spacerujemy po  wspaniałych zamkowych ogrodach, urządzonych jeszcze przez Izabellę Lubomirską.

Pora wracać do apartamentu, jutro czeka nas wiele atrakcji. Po drodze jednak zatrzymujemy się aby zrobić zakupy na jutrzejsze śniadanie.  Przechodząc przez skwer nie możemy się oprzeć chęci zrobienia pamiątkowego zdjęcia na ławeczce braci Cetnarskich. Panowie Cetnarscy to burmistrzowie i budowniczy Łańcuta przełomu XIX i XX wieku.W wyśmienitych humorach wracamy do naszego apartamentu. Kolacja przygotowana przez Gośkę jest wyborna. Objedzeni „po uszy” przy  drinkach omawiamy wrażenia i snujemy plany na następny dzień…

3 uwagi do wpisu “Zamek w Łańcucie – Bieszczadzka wyprawa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s