Z Polańczyka do Cisnej. Bieszczadzka wyprawa.

Okazało się, że bus, do którego wsiadłam w Lesku, uciekając przed zbyt natrętnymi „kolegami”, jedzie do Polańczyka. Też fajnie, jeszcze tam nie byłam…

Polańczyk rozczarował mnie. Wysoka zabudowa niezbyt konweniuje z otoczeniem. Miejscowość pretenduje do rangi „kurortu” więc nie brak tu ani wielkich sanatoryjnych kompleksów, ani kiczowatych pseudowilli, ani „robionych na siermiężne” lokalików, oferujących grilowane oscypki i pstrągi w różnej postaci. Oczywiście obie strony głównej ulicy oblepione są przeróżnymi kramami z „pamiątkami” wśród których przeważają te produkcji chińskiej.  Do tego kręcą  się sprzedawcy obnośni  proponujący wyplatane koszyki lub owcze skóry.  Słowem niezły misz- masz. Podoba mi się jedynie widok na zalew Soliński. Podziwiam go z dwóch punktów – jednego na początku, drugiego na końcu promenady.  Ten „z początku” (choć określenie jest subiektywne, zależy z którego punktu się nadjechało) jest dobrze zagospodarowany, wybrukowany, „uschodowany”.  To chyba ulubione miejsce wypoczynku polańczykowskich kuracjuszy, bo wszystkie okoliczne ławki są zajęte. W połowie zbocza usytuowany jest pawilon amfiteatru. Wygodne schody prowadzą z wysokiego brzegu nad samą taflę wody na której lekko kołyszą się przycumowane łodzie żaglowe.

Ten drugi punkt widokowy, „na końcu” jest znacznie mniej „ucywilizowany”, Ot  droga  wśród łąki prowadząca w dół.

Pierwotnie miałam zamiar przepłynąć się po Solinie stateczkiem, ale „coś” kazało mi najpierw sprawdzić, o której mam autobus do Cisnej. I tu zaczęły się schody. W rozkładzie jazdy był jeden, lecz zapytani o niego lokalni sprzedawcy pamiątek pokręcili przecząco głowami. „Teraz nie jezdzi. Wakacje” – usłyszałam jako całe wyjaśnienie.  Przeszła mi ochota na rejs po zalewie. Teraz priorytetem okazało się dotarcie z powrotem do Cisnej. Nie chciałam wracać tak, jak przyjechałam, przez Lesko.  Bałam się, że znowu tam utknę na długie godziny i ponownie natknę się na dzisiaj poznanych kolegów. W siedmiotysięcznym miasteczku nie jest to niemożliwe. Jedyną alternatywą okazała się „okazja” czyli liczenie na to, że ktoś jadący w kierunku Cisnej mnie podrzuci. Wprawdzie nie podróżowałam w ten sposób od czasów studenckich, ale innego sposobu wydostania się z Polańczyka nie było, więc nie miałam wyboru.

Mam szczęście. Od razu trafiła mi się mazda na miejscowych blachach. Kierowca  zaoferował mi  podwózkę do Terki.  Super! Stamtąd mam już blisko.  Podczas podróży wiozący mnie pan wyraził swoje zdziwienie, że wybrałam tę drogę, która jak powiedział,  jest wprawdzie bardzo malownicza, ale prawie zupełnie nie uczęszczana…  Podczas jazdy dowiedziałam się,  że w latach osiemdziesiątych  przyjechał  „za pracą”w Bieszczady z Pomorza i już w nich pozostał.  Nie on jeden zakochał się w tutejszych górach. Większość  dzisiejszych „Bieszczaderów” pochodzi z innych rejonów. Rdzenni mieszkańcy, Łemkowie, Bojkowie, Dolinianie  zostali wysiedleni w ramach akcji „Wisła”, a Ukraińcy wcześniej deportowani w głąb ZSRR…

Droga rzeczywiście jest nieuczęszczana, nic nas nie wyprzedza, ale na razie się tym nie martwię.

Przy moście w Terce rozstaliśmy się, życząc sobie wzajemnie wszystkiego dobrego. Pan kierowca sumituje się, że nie może  zawiezć mnie dalej, ale  tylko załatwia coś w Terce a potem jedzie  na Rajskie i Chrewt. Na pożegnanie dowiedziałam się, że przede mną jakieś  10 kilometrów i otrzymałam radę abym liczyła mostki na Solince. Podobno przy dziesiątym będę u celu.

Ruszyłam poboczem idealnie pustej szosy. Nawet dobrze mi się szło. Po obu stronach dostojne lasy, z tym, że od tych z prawej oddzielała mnie rzeczka. Cicho, dziko i kompletnie bezludnie. Nieliczne, mijające mnie samochody jadą w przeciwnym kierunku. No cóż, zachciało mi się pieszej turystyki indywidualnej, to mam. W tym pustkowiu przypominają mi się opowieści  miejscowych o grasującej w okolicach Terki niedzwiedzicy, watahach wilków uczących młode polować i tym podobne historie, więc mimowolnie przyspieszam kroku. Dobrze, że pogoda jest słoneczna, mogę podziwiać przyrodę w całej jej krasie.Dopiero  przy siódmym mostku zatrzymuje się przy mnie samochód.  Miłe małżeństwo z  Łącka jedzie na Smerek i chętnie podrzuci mnie do rozjazdu. Z wdzięcznością korzystam z oferty. Stamtąd pozostanie mi tylko jakieś dwa kilometry spaceru.

Kiedy wreszcie dotarłam do domu, poczułam się zmęczona. Dopiero długi prysznic zmył ze mnie kurz, pot i znużenie. W międzyczasie nadjechała Gośka z Ryśkiem. Wymieniamy się wrażeniami. Oni relacjonują wędrówkę po połoninie i rozpływają się nad smakiem naleśników w „Chatce Puchatka”, ja opowiadam swoje przygody. Fajnie jest!

 

3 uwagi do wpisu “Z Polańczyka do Cisnej. Bieszczadzka wyprawa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s