Deszcz w Cisnej. Bieszczadzka wyprawa

Miejscowi przepowiadali deszcz, ale mieliśmy nadzieję, że się mylą. Niestety, od rana  szum wody  za oknem znamionował, iż mieli rację. I to nie był jakiś tam „opad przelotny” tylko jednostajna, monotonna, ciężka ulewa. Niebo przybrało różne odcienie (lubianej przeze mnie skądinąd) szarości. Smętnie spoglądamy przez okno. Rety! Wygląda na to, że ukradli nam góry…  Tam, gdzie jeszcze wczoraj było pasmo Dużego i Małego Jasła, dziś nie widać nic. Za to „podrzucili”  rzekę. W miejscu, gdzie normalnie była szosa, teraz spływają  rwące potoki deszczówki. Humory nam rzedną…

Zapowiada się przymusowy dzień odpoczynku. Pijemy kawę, pogadujemy, rozwiązujemy krzyżówki. Zanikł nawet sygnał telewizji satelitarnej…  Choć to akurat najmniejsze nasze zmartwienie.  Z oddali słychać syreny, zwiastujące, że Solinka  gdzieś wylała się z brzegów i podtopiła domy położone w dolinie.

I nagle ni z tego, ni z owego deszcz cichnie. Po chwili pojawiają się pierwsze promienie słońca. Hura! Oddali góry i jeszcze dołożyli tęczę! Jest już wprawdzie za pózno  aby udać się na dalszą wyprawę, ustalamy więc, że pojedziemy do Cisnej.

Odwiedziny zaczynamy od kultowej „Siekierazdy”, której nazwa  oczywiście zaczerpnięta jest z  tytułu powieści E. Stachury. Wnętrze  ciemnawe, klimatyczne, obliczone na spektakularny efekt.  Czegóż tam nie ma? Drwale, biesy,  łańcuchy, obrazy, jelenie rogi… W stoły wbite siekiery… Dobrze że nie w plecy! Od nadmiaru akcesoriów można dostać zeza.  Góra lokalu przeznaczona jest na galerię, dół pełni rolę pubu. Zawsze w nim tłoczno i gwarno. My jednak jesteśmy wierni „naszemu” barowi „Na zamościu” i tam kierujemy swoje kroki. Jak zawsze: wybór  dania jest trudny (i to nęci, i to kusi), jedzenie jest pyszne, a porcje tak obfite, że nie dajemy rady ich zjeść.

Po obiedzie robimy jeszcze drobne zakupy.  Bieszczadzki miód, oscypki, magnesy… Słowem drobne upominki dla bliskich.

Korzystając z poprawy pogody, jedziemy na Przysłup, gdzie znajduje się  ostatnia stacja „bieszczadzkiej kolejki”.

Jej historia zaczyna się w końcu XIX wieku. Początkowo służyła jako środek transportu drewna z bieszczadzkich tartaków. W czasie I wojny światowej pełniła funkcję wojskowej kolejki polowej, pozwalając kolejno wojskom austriackim i rosyjskim przemieszczać sprzęt. W okresie międzywojennym używano kolejki do wożenia ludzi i towarów. W czasie II wojny światowej służyła Niemcom do wywozu kontyngentów z terenów okupowanych. W obliczu zbliżającej się ofensywy radzieckiej tabor  pospiesznie  ewakuowano. Kolejne lata, to dalsze, systematyczne niszczenie infrastruktury kolejki przez partyzantkę radziecką i oddziały UPA. Partyzanci ukraińscy używali podkładów i torów jako budulca dla  swych leśnych bunkrów i umocnień.

W obecnym kształcie kolejkę odbudowano w latach 60tych XX wieku. Obecnie „bieszczadzka ciuchcia” wozi turystów.

Rozglądam się dookoła. Tory, kilka drewnianych domków. W oddali kilka kolejnych domów wyglądających na pensjonaty. Wszystko zdominowane przez bujną zieleń jeszcze błyszczącą po niedawnym deszczu. To nasze pożegnanie z górami, jutro ruszamy w drogę powrotną. Zachłannie chcemy się napatrzeć na otaczającą nas przyrodę. Zabrać ze sobą  te cudowne widoki. Nawdychać się aromatu mokrej trawy, zapachu ziół „na zapas”.

Z „łezką w oku” rzucamy ostatnie spojrzenie na góry, lasy, potoki. Trudno się z tym rozstać, ale trzeba wracać i pakować bagaże. Chcemy wyjechać wczesnym rankiem, bo w planach mamy jeszcze zwiedzanie Zamościa. Wprawdzie to kompletnie nie „po drodze” ale kto by się tym przejmował? Wszyscy jesteśmy wyjątkowo zgodni, że do Zamościa TRZEBA pojechać…

4 uwagi do wpisu “Deszcz w Cisnej. Bieszczadzka wyprawa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s