Kraków 1900. Wystawa w Kamienicy Szołayskich.

Na tę wystawę wybierałam się trzykrotnie, ale za każdym razem coś stawało mi na drodze do sfinalizowania zamiaru. A to pogoda była wybitnie niesprzyjająca, a to nieplanowane (za to bardzo miłe spotkanie), a to znowu pilniejsze zajęcia. Ale czas moich wakacji nieuchronnie zbliżał się ku końcowi więc nie mogłam przekładać odwiedzin wystawy w nieskończoność. W mroźne południe podjęłam decyzję idę!Narożny budynek, w którym obecnie mieści się oddział Muzeum Narodowego został wybudowany w  latach 1815 -1818 dla T.W. Marciszewskich, na miejscu wcześniejszej, średniowiecznej kamienicy. W latach pięćdziesiątych XIX wieku mieściła się w tym budynku redakcja i drukarnia konserwatywnego dziennika „Czas”. Od 1902 roku dom był własnością Włodzimiery z Krasińskich i Adama Starży Szołayskich, którzy w 1904 roku przekazali go w darze krakowskiemu Muzeum Narodowemu. Placówka jednak weszła w jego posiadanie dopiero po śmierci pani Włodzimiery, w 1928 roku. Wtedy można było przystąpić do adaptacji budynku do celów ekspozycyjnych. W 1934 roku nastąpiło otwarcie oddziału muzealnego im Feliksa Jasieńskiego” Mangghi”.  W czasie wojny budynek przejęli Niemcy na potrzeby partii nazistowskiej.

Wchodzę do środka i kupuje bilet. Rozglądam się po wnętrzu. Budynek posiada ładnie zagospodarowany dziedziniec wewnętrzny a ekspozycja ulokowana jest w salach na piętrze.

Wystawa poświęcona jest atmosferze jaka panowała w Krakowie u progu XX wieku. A była ona niejednorodna, gdyż w mieście nieustannie ścierały się ze sobą dwie skrajne grupy: konserwatywna, rekrutująca się z arystokracji i solidnego mieszczaństwa wśród którego roiło się od „kołtunów” oraz z „Cyganów” czyli artystów, postępowej inteligencji, literatów, dekadentów i wszelakiej maści „gorszycieli”.

Eksponaty zgrupowano tematycznie. Są sale poświęcone kobiecie, w których zgromadzono portrety pięknych, często bardzo zmysłowych krakowianek.  Salę opatrzono cytatem erotyku Kazimierza Przerwy Tetmajera „Lubię kiedy kobieta”… No Tetmajer oryginalny w swych upodobaniach nie był, nie on jeden lubił, jednak wygłoszenie swych preferencji czarno na białym, zapewne zgorszyło mieszczański i konserwatywny Kraków. A czego, jak czego, ale publicznego zgorszenia zacni krakowscy mieszczanie bali się niezwykle. Zapewne dlatego młodopolscy artyści aż tak bardzo lubili je siać.

W tej części  ekspozycji dominują obrazy czołowych malarzy tego okresu. Uzupełniają je przedmioty użytku, małe arcydziełka w postaci wachlarzy, pantofelków, utensyliów. Są też próbki materiałów używanych do szycia sukni dziennych i kreacji wieczorowych.  Można sobie dotknąć i poczuć teksturę jedwabnej mory czy mięsistej tafty. Mnie zachwyca piękny, podwójny portret Marii i Magdaleny, córek Wojciecha Kossaka. Może dlatego, że latem ubiegłego roku miałam okazję być w roszkowskim ogrodzie, na tle którego artysta namalował swoje córki.Są też  portrety artystek Ireny Solskiej i Heleny Modrzejewskiej w sali poświęconej teatrowi, który w owym czasie odgrywał niebagatelną rolę w życiu miasta. Do teatru szło się nie tylko na „sztukę” ale również po to, aby się pokazać. Był więc podwójną sceną, na której grali i aktorzy i publiczność.  Dyskusje po spektaklu dotyczyły nie tylko gry aktorskiej „kto z kim” czy „kto w czym” były równorzędne z tymi kto  i jak grał.

Jest także dział poświęcony dzieciom, ich strojom, zabawkom. Tę część ekspozycji uzupełniają  obrazy i zdjęcia z okresu belle epoque.Jest też mieszczański salonik urządzony secesyjnymi mebelkami, z przeszkloną witrynką, w której można podziwiać cudną porcelanową zastawę. Z sufitu zwisa  piękna, bladozielona ampla.

Nie brakuje też sal poświęconych problemom i pasjom jakimi żyli ówcześni mieszkańcy grodu Kraka. U progu XX wieku zapanowała snobistyczna moda na sport. Latem uprawiano tenis, pływanie, grano w piłkę zimą królowało narciarstwo. W tej części wystawy można zobaczyć stroje, sprzęt i zdjęcia ilustrujące różne dyscypliny. Są też sale ilustrujące fascynacje japońszczyzną czy folklorem. Modzie na sztukę ludową i „chłopomanię” ulegli najwięksi artyści tego czasu.  Skandalami, którymi żyło całe miasto były śluby inteligencji z dziewczynami z ludu. Związki W. Tetmajera, L. Rydla czy S. Wyspiańskiego rozpalały mieszczańskie emocje do żywego.

Osobną grupę stanowią eksponaty związane ze sztuką sakralną. Tutaj króluje genialna, brązowa rzeźba Dunikowskiego z 1911 roku”Madonna” oraz nieco dziś zapomniany ale wówczas szalenie popularny malarz Piotr Stachiewicz.

Kolejne sale poświęcone są polityce i gospodarce głównie handlowi. Tutaj ton nadają głównie secesyjne plakaty reklamowe. Można też zapoznać się z ówczesnym życiem towarzyskim studiując zaproszenia na różne  „żurfiksy”, bale i potańcówki a wnikliwi czytelnicy owych kartoników dowiedzą się nawet, co podawano do jedzenia podczas owych spotkań.

Z wystawy wychodzę „nasiąknięta” klimatem „tamtego” Krakowa.  Aby go podtrzymać postanowiłam wejść do słynnego wówczas (no teraz też znanego) lokalu Jana Michalika, z powodu braku okien, zwanego „Jamą”. Ta kawiarnia ma swoją magię, której i ja uległam. Siedząc w udekorowanym zielonymi balonikami wnętrzu starałam się jak najwolniej popijać kawę i jeść orzechowy tort „Wawel”  aby mieć pretekst  jak najdłużej napawać się wiszącą w powietrzu atmosferą belle epoki. Kiedy przymykałam oczy, niemalże czułam dym cygar i słyszałam  szum taftowych sukien. Genius loci „Jamy” tak bardzo mi się udzielił, że bez kapelusza i obowiązkowych rękawiczek, czułam się w tym secesyjnym anturażu „trochę nie na miejscu”.Nie przeszkadzało mi to jednak „myszkować” wzrokiem po przepięknych detalach, z których wiele zostało zaprojektowanych przez Karola Frycza i Kazimierza Sichulskiego. Tutaj odbywały się  przedstawienia „Zielonego balonika”, elitarnego kabaretu artystycznego. W kawiarni bywali wszyscy przedstawicie ówczesnej awangardy krakowskiej i miło było pomyśleć, iż być może przy stoliku obok zasiadał kiedyś demoniczny Przybyszewski wraz z piękną Dagny Juel. Bywały w „Jamie” też inne piękne i wyzwolone (na owe czasy) kobiety które, jak szeptały poczciwe kumoszki, nie tylko wkładały spodnie ale i publicznie paliły. Podobno ta swobodna (delikatnie mówiąc) atmosfera Jamy sprawiła, iż córka Jana Michalika zamiast, nakazanej przyzwoitością barchanowej bielizny, wkładała „pod spód” jedwabie. Kiedy ten fakt został ujawniony przez krakowską prasę i dotarł do, mieszkającego wtedy w Poznaniu, ojca, ten ciężko zaniemógł i zmarł. Skandal obyczajowy dotykał w tym względzie jednak tylko kobiety. Lucjan Rydel, o czym zawiadomił w swym „Weselu” Wyspiański „pod spód na się nic nie wdziewał, od razu się lepiej miewał”  a jakoś żaden z panów z tego powodu przykrości nie miał.

Dziś Jama aż tak emocjonujących wrażeń nie dostarcza jednak miło jest w niej posiedzieć zwłaszcza, że o tej porze jeszcze świeci pustkami. Rozgrzana kawą i nieco „zmulona” ciastem postanawiam zrobić jeszcze krótki spacer po zaśnieżonych plantach. Widocznie pobudzone wystawą i słodkościami endorfiny wreszcie zabrały się do pracy bo mimo zimna świat wydaje mi się piękny, ludzie życzliwi a temperatura znośna. A może to nie za sprawą endorfin tylko „czegoś” w cieście?

3 uwagi do wpisu “Kraków 1900. Wystawa w Kamienicy Szołayskich.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s