Neapol

Kontynuując swój spacer po Neapolu kieruję się w głąb miasta. Moim celem jest zobaczenie galerii Umberto ale również wypicie kawy i zjedzenie obowiązkowych lodów. Co do tych ostatnich mam pewne plany, o których potem. Na razie przystaję przy fontannie Neptuna…

Powstała na zlecenie vicekróla  Enrico di Guzman w końcu XVI wieku. Pracowali nad nią M. Naccherino, Pietro Bernini i Domenico Fontana. Pierwotnie stanęła na placu Plebiscytu przed pałacem królewskim. Potem, z różnych przyczyn wielokrotnie zmieniała miejsce, wędrując po różnych miejscach miasta. W międzyczasie też nieco zmieniała swój wygląd jako że jeden z vicekrólów kazał dołożyć lwy czy delfiny a inny z kolei, wyjeżdżając z Neapolu zabrał (zapewne z sentymentu, na „pamiątkę”) jej marmurowe stopnie…

Odpocząwszy przy fontannie kieruję się do galerii. Galeria Umberto I usytuowana jest pomiędzy gmachem Teatru San Carlo, bryłą pałacu królewskiego, a ulicą „via Toledo”. Powstała w latach 1887 – 1891 i stała się jednym z symboli miasta. Budynek na planie krzyża greckiego (cztery identyczne wejścia na zakończeniu każdego ramienia) zaprojektował Emmanuele Rocco (1852- 1922). Artysta niewątpliwie zainspirował się dopiero co powstałą w Mediolanie galerią Wiktora Emanuela II, którą wzniesiono w latach 1865-1887 według projektu G. Mengoni. Neapolitańska galeria robi wrażenie swoją przemyślaną konstrukcją, elegancką, neorenesansową formą a przede wszystkim bogatym zdobieniem. Nad przecięciem się ramion krzyża umieszczono gigantyczną, przeszkloną kopułę. Ma ona 56 metrów wysokości, a wpadające przez nią promienie słoneczne pięknie rozświetlają podłogowe mozaiki. Pod samą kopułą, w okręgu umieszczono 12 znaków zodiaku. Podobno, aby zapewnić sobie spełnienie marzeń, należy odnaleźć swój znak, stanąć na nim, pomyśleć życzenie i podskoczyć trzy razy. Prawda, że proste?

Wszystkie ramiona krzyża tworzące pasaże galerii zadaszone są szklanym dachem. Miał on zapobiegać przed rozprzestrzenianiem się epidemii cholery, roznoszonej przez ptaki. W galerii mieszczą się autorskie butiki i sklepy firmowe najbardziej prestiżowych firm ale także lokale gastronomiczne, jako że galeria  (jak to galeria) poza funkcjami handlowymi spełnia też rolę salonu towarzyskiego, w którym wypada się pokazać (zwłaszcza w nowej kreacji lub jeszcze lepiej z nową osobą towarzyszącą), przysiąść na kawie i zlustrować obowiązujące trendy.

Osobiście jednak co do kawy mam inne plany. Mam zamiar wypić  prawdziwą neapolitańską w kultowym Cafe Gambrinus.  To najstarsza i najsłynniejsza neapolitańska kawiarnia. Została założona w 1861 roku a w okresie Belle Epoque stała się ulubionym miejscem literatów i artystów. Lubiła tu również wpadać na kawę i słodycze Elżbieta z Wittelsbachów Habsburg czyli popularna Sisi. I to ona pośrednio jest przyczyną, dla której upieram się przy kawie i lodach w Gambrinusie. Otóż tam mają ich fiołkową, tak ulubioną przez cesarzową odmianę. Mogłabym się oprzeć dekadenckiej chęci wypicia kawy w tym pięknym wnętrzu (kasują sporo, choć nie tyle ile w weneckim Florianie) ale te lody… Podobno w Neapolu można skosztować ich tylko tam. Ponieważ już trochę pobytu we Włoszech za mną a w planach mam jeszcze rejs na Capri, aby budżet wytrzymał wybieram opcję ekonomiczną czyli kawę i lody zamawiam przy barze. To obniża w znaczny sposób wysokość rachunku. Najpierw idę do kasy, aby zapłacić (tak procedura) a potem wybieram smaki zimnego deseru. Jedna gałka wiadomo fiołkowa, na drugą trudno mi się zdecydować więc korzystam z podpowiedzi pana obsługującego i wybieram „Napoli” lody błękitne jak woda zatoki. Smak jednych i drugich rozczarowuje mnie nieco, są bardzo słodkie, no ale „obowiązek” spełniony…

Po lodach udaję się na promenadę via Partenope i do portu. Na chwilę zatrzymuję się przy fontannie dell’ Immacolatella. To dzieło G. Berniniego i M. Naccheriniego wykonane dla księcia di Alba, Antonia Alvareza di Toledo w XVII wieku. Pierwotnie fontanna ozdabiała pałac królewski, teraz stoi przy promenadzie w pobliżu jajecznego zamku. Zaprojektowana w formie trójłuku wspaniale prezentuje się na tle błękitów nieba i morza.

Nieopodal stoi też pomnik drugiego króla zjednoczonych Włoch, Umberto I, syn Marii Habsburg Lotaryńskiej i Wiktora Emanuella II z dynastii Sabaudzkiej. Był początkowo królem kochanym przez Włochów, jako że oprócz starań politycznych o wzmocnienie potęgi zjednoczonych Włoch, angażował się też osobiście podczas klęsk żywiołowych nawiedzających kraj podczas jego panowania. A było ich niemało. Powódź w Wenecji i Weronie (1882), trzęsienie ziemi w Ischii (1883), epidemia cholery w Neapolu. Umberto I podczas kataklizmów kierował pracami ratowniczymi i udzielał pomocy ( także finansowej) ich ofiarom. Jednak kiedy zaangażował się w podbój kolonialny Afryki, jego popularność zaczęła przygasać. Sytuację zaostrzył pogłębiający się kryzys a „gwoździem do trumny” okazało się poparcie dla F. Beccarisa, który krwawo (300 ofiar śmiertelnych) stłumił wystąpienia głodujących robotników w Mediolanie. Nastroje rewolucyjne wzięły wtedy górę. Dnia 29 lipca 1900 roku, w Monzie podczas pokazów gimnastycznych, Umberto I został zastrzelony przez anarchistę Gaetana Bresciego. Jednak Neapol nie zapomniał o pomocy, jaką król okazał podczas epidemii cholery i postawił mu pomnik.

Jak już jestem przy Umberto I  i Neapolu to może warto też napomknąć, iż żona króla, Małgorzata Sabaudzka jest „matką chrzestną” neapolitańskiej pizzy. To dla niej miejscowy kucharz, Raffaele Espsito, przyrządził danie w barwach narodowych, nakładając na drożdżowy placek pomidory, mozzarellę i bazylię. Czerwono- biało- zielone danie przyjęło się błyskawicznie a na cześć królowej nazwano je „Margheritą”. Do dziś Margerita uważana jest za najbardziej neapolitańskie danie. Na oryginalnej musi się jednak znaleźć mozzarella wyrabiana z mleka bawolic. Miałam okazję jej spróbować, jest wyśmienita, o bardzo sprężystej skórce i kremowym wnętrzu.

Zagłębiam się z powrotem w ciasne i kręte uliczki miasta. Nie są one specjalnie zadbane, wygląd ich fasad skutecznie zasłania zwisające niemal z każdego okna pranie. Zdaje się, iż pralka to ulubiony sprzęt neapolitańskich pań domu. Z ciekawostek zauważam jeszcze ogromną ilość koszyków w okolicznych piekarniach i kawiarniach. Okazuje się, że nie wiszą one dla ozdoby a spełniają funkcję transportową.  Rano taki koszyk rano opuszcza się na sznurku z okna lub balkonu mieszkania położonego na którymś z wyższych pięter nad sklepikiem lub lokalikiem. Do środka wkłada się kartkę z zamówieniem oraz pieniądze. Koszyk przejmuje ktoś z obsługi danego sklepu i napełnia według życzenia a potem, zgodnie z podanym na kartce czasem realizacji transportuje z powrotem na górę.

Po wąskich chodniczkach chodzi się dość trudno, jako że część, i tak szczupłej przestrzeni, zajmują zaparkowane skutery. O ile Neapolitanki uwielbiają swoje pralki o tyle Neapolitańczycy chyba nie wyobrażają sobie życia bez skuterów. Inna rzecz, że w zatłoczonym Neapolu (to jednak trzecie co do wielkości miasto Włoch) ten środek transportu sprawdza się idealnie. Jednak wiele z tych pojazdów jest mocno obdrapanych (miejscowe auta obowiązkowo noszą ślady „bliskich kontaktów” z innymi pojazdami) a widziałam też takie które naprawiane były przy pomocy drutu lub taśmy lepiącej… Ze wszystkich włoskich miast,które podczas tej podróży widziałam, Neapol jest najbardziej niejednoznaczny. Bogactwo miesza się z biedą, sacrum z profanum,  bywa olśniewający i brzydki. Może właśnie dlatego jest taki fascynujący…

Niestety nie zostaje mi już czasu na inne neapolitańskie zabytki. Jest ich tutaj bardzo wiele (samych kościołów ponad 500) ale najbardziej mi żal, że nie udało mi się zwiedzić dwóch obiektów. Zespołu klasztornego Montesanto Santa Chiara, w którym jest przecudowny, przebudowany w XVIII wieku krużganek obłożony majoliką oraz labiryntu katakumb ciągnących się pod miastem. To podobno prawdziwe  serce Neapolu, jak to serce ukryte przed okiem przypadkowych turystów… Podobno opiekuje się nimi Munaciello (mały mnich), który korzystając z podziemi wkrada się do neapolitańskich domów i w zależności od osobistych antypatii lub sympatii do ich mieszkańców, bądź to kradnie przedmioty, bądź też zostawia prezenty. Podobno, jak to Włoch, czuły jest też na kobiece wdzięki i lubi sobie przelotnie pomacać co atrakcyjniejsze panie.

W czasie II wojny światowej podziemne miasto stanowiło schron mieszkańców przed nalotami alianckimi, które kilkukrotnie bombardowały neapolitański port. Ale chyba najciekawszą częścią labiryntu jest mieszczący się tam cmentarz Fontanelle. To nekropolia ofiar epidemii dżumy, jakie nawiedziła miasto w XVII i XIX wieku. Ze względu na brak miejsca na „naziemnych” cmentarzach a także ze względów higienicznych zmarłych po prostu wrzucano do pustych wyrobisk kamieniołomów. Z końcem XIX wieku wykształcił się dziwny obyczaj zwany adopcją czaszek. Neapolitańczycy wierzyli, że jeśli zaopiekują się anonimową czaszką ( wypolerują ją, wychuchają, wycałują oraz będą się za nią modlić) dusza zmarłego „odwdzięczy się” i ześle na swego opiekuna zdrowie i bogactwo. Dla czaszek, które spełniały pokładane w nich nadzieje fundowano specjalne skrzyneczki a dla tych wybitnie aktywnych nawet kapliczki z granitu lub marmuru. Kościół katolicki bardzo niechętnie patrzył na te praktyki, które pozbawiały go przychodów z intencjonalnych mszy. W 1962 roku zakazał ich oficjalnym dekretem…

Już przy wyjeździe z miasta oglądam jeszcze stadion San Paolo, na którym swoje mecze rozgrywa SSC Napoli, z którym związany jest A. Milik.

 

3 uwagi do wpisu “Neapol

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s