Długi weekend w Krakowie

Od razu wiedziałam, że to nie jest dobry pomysł, ale kto przekona przekonanego?  Tak więc dałam się namówić na wyjazd, licząc, że może jakimś cudem będzie fajnie. No cóż, nie było. Podobno nadzieja zawsze towarzyszy do końca,  moja jednak (zabrawszy też dobry humor) pierzchła zaraz po przyjeździe… Najwyraźniej, ta część populacji, która nie pojechała na ten weekend do Warszawy czy Gdańska, przyjechała właśnie do Krakowa. W obrębie plant kłębił się dziki tłum, który gęstniał na Grodzkiej i Kanoniczej a swoje apogeum osiągnął pod Wawelem. Jedynie dobre wychowanie i świadomość, iż to niczego nie polepszy, powstrzymało mnie od wypowiedzenia kwestii „a nie mówiłam?”…

Miałam ochotę zobaczyć jakąś czasową wystawę (bo komnaty znam prawie na pamięć) na Wawelu. Kolejka do kasy była gigantyczna. Kiedy po półgodzinie stania przesunęła się do przodu o jakieś cztery metry (a i to głównie dzięki temu, że parę osób przede mną zrezygnowało) spasowałam. Postanowiłam odpuścić sobie wystawę i zamiast tego popłynąć do Tyńca. Niestety, kiedy zeszłam na nadwiślański bulwar, okazało się, że statek już odpłynął. Na upartego mogłabym zdecydować się na krótki godzinny rejs po Wiśle i podziwianie krakowskiej panoramy, ale pogoda była niepewna, chmurzyło się a w razie deszczu wycieczka przestałaby być przyjemnością. Zdecydowaliśmy się  więc powłóczyć po starym mieście, jednak starannie omijając rynek. Na plantach przysiadam na moment na „ławeczce matematyków”. Podobno stoi w miejscu, w którym w 1916 roku dwóch, wtedy jeszcze nikomu nie znanych, młodych ludzi dyskutowało o  całce Henriego Lebesque’a. Jednym z dyskutantów  był Stefan Banach, matematyczny samouk, postać niezwykle barwna. Jego interlokutorem był Otton Nikodym, nauczyciel w IV krakowskim gimnazjum. Rozmowę podsłyszał przechodzący tamtędy Hugo Steinhaus. Dzięki jego  wstawiennictwu, Banach dostał stanowisko asystenta profesora Antoniego Łomnickiego w Katedrze Matematyki na Politechnice we Lwowie. Tam wydarzyła się  historia z jego doktoratem, która jest tak nieprawdopodobną, że musi być prawdziwą…

Zakochanego w matematyce Stefana Banacha, tak uszczęśliwiała sama możliwość zajmowania się ukochaną dziedziną, że lekceważył potwierdzania swej wiedzy stopniami naukowymi (nie posiadał formalnie nawet tytułu magistra), czym doprowadzał do rozpaczy swych  przełożonych w Katedrze Matematyki Politechniki Lwowskiej.  Uknuli więc oni intrygę, która miała Banachowi pozwolić uzyskać stopień doktorski. Ponieważ wiedzieli, iż  on dobrowolnie nie napisze dysertacji złożono ją z licznych skrawków papieru i serwetek. Były one skrzętnie zbieranych w lokalach gastronomicznych, w  których lubiący przesiadywać uczony, miał zwyczaj  na podręcznych świstkach rozwiązywać skomplikowane zadania matematyczne. Aby zmusić Banacha do obrony  zwabiono go na uczelnię, pod pozorem, iż zebrało się tam grono osób mający jakiś problem ze zrozumieniem matematycznych zawiłości. Dano mu do zrozumienia, iż tylko on jest im w stanie przystępnie je wyjaśnić. Jak każdy fanatyk, Banach lubił wyjaśniać, wykładać i w ogóle rozprawiać o przedmiocie swej miłości,  tak więc bez wahania się zgodził. W ten sposób, nieświadomy, że właśnie zdaje egzamin, obronił  swą pracę doktorską, o której istnieniu nie miał pojęcia…

Potem jego kariera naukowa nabrała rozpędu. Zaledwie trzydziestopięcioletni Stefan Banach uzyskał tytuł profesora zwyczajnego Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i stał się niekwestionowanym autorytetem. Wokół niego skupiała się grupa podobnych mu utalentowanych zapaleńców, z których wyłoniła się słynna Lwowska Szkoła Matematyczna. Młodzi naukowcy najchętniej spotykali się w położonej koło gmachu uniwersytetu kawiarni „Szkockiej” gdzie Banach, po dawnemu, na serwetkach tworzył swoje teorie i udowadniał twierdzenia. Okres okupacji niemieckiej i ponowne zajęcie miasta przez Rosjan w 1944 roku, przeżył Banach we Lwowie. Miał wyjechać do Krakowa aby podjąć wykłady na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie zdążył. Zmarł, 31 sierpnia 1945 roku na raka płuc. Został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim.  Ławeczka powstała w setną rocznicę sławetnej dyskusji, w 2016 roku. Autorem projektu jest Stefan Dousy. Podobno przycupnięcie na niej ma gwarantować powodzenie na maturze z matematyki. Ja wprawdzie swoją zdałam wieki temu, ale gdyby przyszło mi ją teraz zdawać z tego przedmiotu ponownie szczęście było by mi bardzo potrzebne.

Aby wizyty w Krakowie nie uznać za całkowitą porażkę, kieruję się na ulicę Senacką, do krakowskiego Muzeum Archeologicznego. Choć fanką archeologii nie jestem, wypada odwiedzić tę placówkę choć raz, jako że to oficjalne najstarsze muzeum archeologiczne w kraju. Tam, mimo iż to ścisłe centrum, o dziwo tłumów nie ma. Z przyjemnością spaceruję po pięknym muzealnym ogrodzie, prawdziwej oazie spokoju i zieleni. Krakowskie Muzeum Archeologiczne jest najstarszą tego typu placówką w Polsce. Założono je w 1850 roku, początkowo zbiory eksponowano w Bibliotece Jagiellońskiej, następnie w gmachu przy ulicy Sławkowskiej 17 a od 1967 roku tutaj na Senatorskiej. Archeologia jako nauka pojawiła się w drugiej połowie XVIII wieku za sprawą wykopalisk w Herculanum i Pompejach (o których nie dawno pisałam) rozpropagowanych przez niemieckiego znawcę antyku J. Winckelmanna. W Polsce zaczęto się nią szerzej interesować w XIX wieku. Ciekawą historię ma sam gmach muzeum. W tym miejscu w średniowieczu znajdowało się podwawelskie podgrodzie Okół a od XIV stulecia przebiegały tutaj miejskie mury obronne. Ich pozostałości do dziś zachowały się i można je obejrzeć w północno-wschodniej części ogrodu oraz w podziemiach obecnego Muzeum. W drugiej połowie XIV wieku wybudował tu swój dwór podkomorzy krakowski, rycerz Gniewosz z Dalewic herbu Kościesza. Ów Gniewosz był ważną personą na dworze opolskiego księcia Władysława i miał być tym, który sprowadził do Krakowa Wilhelma Habsburga, narzeczonego królewny Jadwigi Andegaweńskiej. Ponieważ sprzyjający Jagielle małopolscy panowie nie wpuścili Wilhelma na Wawel, austriacki książę  gościł właśnie w dworze Gniewosza. Jak ów dwór wyglądał nie wiadomo, a szkoda…  W  trzeciej ćwierci XVI wieku na  miejscu podkomorskiego dworu stanął „malowany dwór” wzniesiony przez  magnacką rodzinę Tęczyńskich herbu Topór. Niestety, poza nazwą też nic z niego nie zostało, gdyż dwór wraz z przylegającym doń terenem, kasztelan wiślicki Andrzej Tęczyński, w początkach XVII wieku, podarował zakonowi Karmelitów. Zakon otrzymał też  dawną łaźnię miejską a drogą wymiany z zakonem Benedyktynów w Tyńcu uzyskał również ich dawne hospicjum. Karmelici mieli więc do swej dyspozycji pokaźny teren w centrum miasta. Zakon, przy wydatnej pomocy finansowej Stanisława Lubomirskiego, wzniósł na nim swój klasztor i kościół św Michała. Autorem projektu miał być, związany z Lubomirskim, Maciej Trapola. Karmelici przebywali w klasztorze równe sto osiemdziesiąt lat (od 1617 roku do 1797) po których nakaz władz austriackich usunął ich z zajmowanych budynków. Austriacy zabudowania klasztorne wykorzystali jako więzienie a kościół początkowo służył jako kaplica dla  uwięzionych. Jednak pogarszający się stan techniczny świątyni św. Michała sprawił, iż podjęto decyzję o jego zamknięciu, a później, w roku 1872 wyburzeniu. Na jego fundamentach wybudowano pomieszczenia dla sądu. Więzienie, zwane zwyczajowo „więzieniem św. Michała” funkcjonowało przez cały okres zaborów, przetrzymywano tam m.in  uczestników powstań listopadowego i styczniowego, powstania krakowskiego i Wiosny Ludów. W okresie międzywojennym w „św. Michale” więziono opozycjonistów, organizatorów strajków, studentów i działaczy nielegalnych organizacji. W czasie okupacji niemieckiej więzienie miało zasadniczo charakter śledczy, ale od 1943 roku w piwnicach gmachu utworzono celę śmierci, w której dokonywano egzekucji. Po wyzwoleniu i w pierwszych latach powojennych więzienie podlegało Ministerstwu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W tym czasie przetrzymywano tam nazistowskich zbrodniarzy, kolaborantów ale także żołnierzy AK i innych formacji niepodległościowych. W sierpniu 1946 roku żołnierze pod dowództwem Jana Janusza (ps. Siekiera) z 6  Kompanii Zgrupowania Partyzanckiego „Błyskawica”  brawurowo, w biały dzień zajęli więzienie i uwolnili z niego 64 więźniów. Po tej akcje władze komunistyczne zaczęły osadzać więźniów politycznych w Montelupich a samo więzienie zamknięto w 1949 roku. Decyzją władz budynki przekazano Muzeum Archeologicznemu, które ze swoimi zbiorami wprowadziło się tam w 1967 roku.Zbiory muzeum nie są może wybitne, ale na pewno ciekawe. Zgromadzono tu dużą kolekcję zabytków egipskich, z których część pochodzi z wykopalisk prowadzonych przez pierwszego polskiego egiptologa Tadeusza Smoleńskiego. W 1907 roku był on członkiem  austro-węgierskiej ekspedycji naukowej prowadzącej prace w El-Gamhud. Część odkrytych podczas niej zabytków (sarkofagi człekokształtne) otrzymała krakowska Akademia Umiejętności. Obiecującą karierę młodego egiptologa przerwała śmierć. Zmarł na gruźlicę w 1909 roku w Krakowie, miał tylko dwadzieścia cztery lata. Ciekawostkę stanowi też kolekcja eksponatów zebranych przez żołnierzy Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich walczących w Egipcie podczas II wojny światowej. Galeria egipska to najciekawsza część zbiorów. Oprócz niej są jeszcze wystawy ceramiki ze zbiorami garncarstwa prehistorycznego i wczesnośredniowiecznego oraz ekspozycja związana z historią Małopolski ilustrująca warunki życia pierwszych mieszkańców dzielnicy.

Po wizycie w dość ponurym gmaszysku wracam na Mały Rynek, na którym trwa festiwal pierogów. To przypomina nam, że pora coś zjeść, więc przysiadamy w ogródku jednej z licznych tu restauracji. Po posiłku udaję się na tyły kościoła św. Barbary do których przylega klasztor jezuitów. W latach 1583 -1612, obejmujący kościół św. Barbary Jezuici, zakupili położone przy nim trzy gotyckie kamienice, które przebudowali na swój dom zakonny. Po  rozwiązaniu zakonu przez papieża Klemensa XIV w 1773  klasztor przejęła Komisja Edukacji Narodowej i przeznaczyła go na szpital akademicki. Następnie i dom i klasztor dostały się pod opiekę Bożogrobców, którzy w budynku poklasztornym otworzyli szkołę. W  początkach XX wieku kościół i klasztor ponownie wróciły do wskrzeszonego zakonu Jezuitów. Przez piękny renesansowy portal wchodzę na wewnętrzny dziedziniec i nie mogę powstrzymać westchnienia zachwytu, tak tam pięknie i spokojnie. Wierzyć się nie chce, że tylko grubość ściany dzieli mnie od tłumu i zgiełku wypełniającego Mały Rynek.Potem już tylko spacer pomiędzy licznie rozstawionymi na Rynku Głównym straganami odbywającej się właśnie „Cepeliady” na których niestety nie ma niczego, czego by się nie dało kupić gdzie indziej. Ceramika, ręcznie wyrabiane mydełka. biżuteria, hafty i innego rodzaju rękodzielnictwo są typową ofertą „pod turystę”.

7 uwag do wpisu “Długi weekend w Krakowie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s