Dwór Wojciecha Łubieńskiego w Kiączynie. Wielkopolskie rezydencje

To, że po zakończeniu obowiązków w terenie, jedziemy zobaczyć coś  ciekawego w okolicy, stało się ostatnio tradycją. Wykorzystujemy względną pogodę, mając świadomość, iż niedługo, z powodu zimowej aury, będziemy zmuszone mocno ograniczyć przyjemność poznawania nowych miejscowości. Tym razem wracając z Chrzypska wielkiego, namówiłam Kaśkę aby skręcić do Kiączynia.  Wyboisto-dziurawa nawierzchnia, obsadzonej starymi drzewami, wąskiej drogi, na bank pochodziła z ubiegłego ubiegłego wieku, więc Szefcia  mruknęła swoje „lepiej by było dla ciebie, aby było tam co obejrzeć”… Ponieważ powtarza to przynajmniej raz w miesiącu, nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, choć tak naprawdę nie miałam pojęcia w jakim stanie jest znajdujące się tam założenie dworskie i czy w ogóle da się je zobaczyć.

Po przyjeździe do wsi zobaczyłyśmy mur a za nim niezbyt zachęcające chaszcze pośród których majaczyły jakieś zabudowania. Niezbyt optymistycznie to wróżyło. Na dodatek tego dnia mój strój nie był stosowny do zaistniałych okoliczności, więc mina mi nieco zrzedła. Przechodzenie przez mur a potem spacer po tych komyszach w sukience i butach na obcasie nie należy do przyjemności… Na szczęście od drugiej strony znalazłyśmy świeżo utorowaną ścieżkę. Kiedyś musiał prowadzić tędy oficjalny wjazd do rezydencji o czym świadczy szlak resztek murowanych słupków na którego końcu usytuowany jest, teraz ledwo widoczny, podjazd przed dworem.

O historii Kiączynia niewiele wiem. W zasadzie jedynie to, iż istniał już w XV wieku. Wtedy należał do rodzeństwa Heleny i Pietrasza z rodu Awdańców, a po nich majątek objął (chyba młodszy brat) Piotr Skóra herbu Awdaniec, starosta obornicki. Po zmarłym w 1468 roku Piotrze dziedziczyły włości dzieci, które miał z nieznaną z nazwiska Jadwigą. Była ich dziewiątka… Z pięciu córek dwie (Barbara i Katarzyna) poszły do klasztoru w Owińskach, dwie wyszły za mąż, jedna młodo zmarła. Synowie Jan i Wojciech, wykształceni na krakowskim uniwersytecie wybrali karierę duchowną. Kiączyń zapewne przypadł w dziale któremuś z pozostałych braci Aleksandrowi bądź Andrzejowi, którzy założyli rodziny i zachowawszy, jako przydomek, dotychczasowe miano „Skóra”  przybrali doń nazwisko „Obornickich”. Aleksander ożenił się z Elżbietą z Janów Młyna (dzisiejszego Janowca wlkp) a Andrzej pojął za żonę Barbarę Świnkę a po jej śmierci (?) Jadwigę, wdowę po Mikołaju Kuropłochu.

Do kogo  Kiączyń należał przez kolejne cztery wieki, niestety nie udało mi się dojść. W XIX wieku stuleciu trafił w ręce Łubieńskich herbu Pomian. Prawdopodobnie włości należały już do Józefa Łubieńskiego (1792-1846) bo właśnie w Kiączynie, w 1825 roku urodził się jego syn Bogusław. Na pewno należał już do Bogusława Łubieńskiego herbu Pomian, syna Józefa i Konstancji z Bojanowskich. O Pani Konstancji pisałam już nie raz, jako, że dama owa, mimo wszystkich swoich przymiotów i talentów, do historii weszła jednak przez łóżko. Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że przez łóżko w którym (choć do niego nie należało) spoczywał (oprócz Łubieńskiej) naczelny wieszcz narodowy,  Adam Mickiewicz.  Szerzej o tym romansie pisałam  w postach o Budziszewku i Marcelinie.

Bogusław (1825-1885) był czwartym z kolei dzieckiem Konstancji i Józefa. Pan Bogusław, choć zawodowo zajmował się głównie majątkiem, nie stronił od polityki, ani nie uchylał się od działalności patriotycznej i społecznej. Był posłem na sejm pruski oraz zasiadał w zarządzie Centralnego Towarzystwa Gospodarczego. Działał też w kółkach konspiracyjnych, za co, jako oskarżony, stanął przed berlińskim sadem w procesie w 1847 roku. Po ogłoszeniu amnestii zasilił grono powstańców 1848 roku i wziął udział w słynnej bitwie pod Miłosławiem. Jego udział w wielkopolskim zrywie chyba pozostał bez konsekwencji, bo już w lutym następnego roku Bogusław stanął na ślubnym kobiercu z Anną Wierzbińską z Wierzbna herbu Nałęcz. Przez kolejne dziesięć lat na świat przyszła szóstka dzieci : Konstancja, Artur, Emilia, Stanisława, Wojciech i Tadeusz. Spokojne rodzinne życie, przerwała wieść o wybuchu powstania styczniowego. Pan Bogusław, choć nie przedarł się przez kordon i stanął do walki, wspierał powstanie pełniąc odpowiedzialną funkcję komisarza na Wielkopolskę, zajmując się zabezpieczeniem logistycznym i materialnym narodowego zrywu. Po upadku powstania Bogusław Łubieński został aresztowany i ponownie stanął przed berlińskim sądem. Uwolniony w 1864 roku zajął się na powrót gospodarką i działalnością gospodarczą. Zmarł w 1885 roku w Kiączynie i został pochowany w rodzinnym grobowcu w Kaźmierzu.

Kiączyń, po ojcu objął syn Wojciech (1856-1903). Wojciech ożenił się z Joanną (na nekrologu widnieje imię „Janina”) Chełkowską herbu Wczele. Para ta doczekała się trzech córek (Marii, Anny i Józefy) zanim na świat przyszedł wyczekany dziedzic nazwiska i włości, ochrzczony po dziadku, imieniem Bogusław (1893-1941). Pan Wojciech, wzorem ojca udzielał się politycznie ( był posłem do sejmu pruskiego) oraz społecznie współpracował z „Wielkopolaninem”, gazetą ukazującą się od 1883 roku, związaną ze sferami ziemiańskimi a specjalizującą się w publicystyce utrzymanej w duchu katolicko-narodowym.

Dla Wojciecha Łubieńskiego powstał, w 1901 roku obecnie stojący w Kiączynie dwór. Niestety, pan Wojciech nie nacieszył się długo swoją inwestycją. W październiku 1903 roku podczas polowania odniósł poważny wypadek, który stał się przyczyną jego śmierci. Jedyny syn Bogusław miał wtedy tylko dziesięć lat, więc zapewne  do czasu osiągnięcia przez niego pełnoletności, ciężar prowadzenia majątku  wzięła na siebie owdowiała Joanna.  Kiedy dorósł wybuchła I wojna. Bogusław Łubieński zapewne został zmobilizowany do armii pruskiej, potem walczył w Powstaniu Wielkopolskim a później brał udział w wojnie polsko- bolszewickiej. Po jej zakończeniu, w 1924 roku, pojął za małżonkę Antoninę z Grodzickich herbu Gryf , osiadł w Kiączynie i doczekał się dwójki dzieci: Marii i Wojciecha. Wzorem ojca i dziada oprócz spraw gospodarskich Kiączyna zajmował się polityka i był posłem a sejm IV Kadencji w II RP. Działał również na lokalnym terenie. Przez szereg lat (do 1936 roku) był prezesem Kółka Rolniczego w Kaźmierzu. Również jego małżonka, Antonina, działała na niwie lokalnej. Zasiadała w zarządzie miejscowego „Caritasu” oraz  była wiceprezeską „Towarzystwa Czytelni Ludowych”.

Przy okazji działalności społecznej należy też wspomnieć o niezamężnej siostrze pana Bogusława Annie, która w 1922 roku założyła w Kaźmierzu „Koło Włościanek” i została jego pierwszą prezeską. Po niej, tę funkcję przejęła bratowa, Antonina Łubieńska. Anna działała też na rzecz plebiscytów na Warmii i Mazurach oraz na Górnym Śląsku.

Chciałabym także nadmienić o losach rodziny najstarszej siostry Bogusława, Marii z Łubieńskich (1886-1954).  Wyszła za mąż za Alfreda Piwnickiego. Los nie szczędził jej tragedii. Wojna zabrała jej wnuczkę, dwie najmłodsze córki i zięcia. Mąż jej najstarszej córki Marii Moniki, Ludwik Paszkiewicz, pilot Wojska Polskiego w czasie II wojny światowej trafił do słynnego Dywizjonu 303 walczącego nad Anglią. Miał na swoim koncie już sześć zestrzeleń i kwalifikował się do zaszczytnego tytułu „asa myśliwskiego”, kiedy 27 września 1940 roku jego samolot został strącony nad Borough Green. Pilot nie przeżył, pośmiertnie awansowano go do kapitana i odznaczono srebrnym Krzyżem Virtuti Militari. Jedyna córka Marii i Ludwika, trzyletnia wówczas Marcelina, zmarła na błonicę w 1941 roku. Pomimo podwójnej rodzinnej tragedii,  Maria Monika Paszkiewicz (pseudonim „Marynia”) walczyła w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie, w 1960 roku wstąpiła do klasztoru niepokalanek w Szymanowie. W czasie powstania straciły też życie  dwie najmłodsze siostry Marii Paszkiewicz: Zofia „Zośka” i Kazimiera ps „Ula” Piwnickie.  Zofia była sanitariuszką gdyż po zdanej w 1943 roku okupacyjnej maturze podjęła studia medyczne na tajnym uniwersytecie. Została ranna i schwytana przez Niemców na Polu Mokotowskim w trakcie wykonywania obowiązków żołnierza. Została rozstrzelana  w drugim dniu Powstania. Ciała nie odnaleziono. Kazimiera, pełniąca funkcję łączniczki, zginęła pięć dni później.

Wracając do Bogusława… Po wybuchu II wojny światowej, walczył w oddziale generała Franciszka Kleberga, wziął udział w kampanii wrześniowej, podczas której dostał się do niewoli. Został osadzony w Oflagu II C w Woldenbergu gdzie zmarł w kwietniu 1941 roku.

W czasie II wojny majątek w Kiączynie miał niemieckiego zarządcę, niejakiego Gruninga. A po wojnie włości rozparcelowano, utworzono PGR a we dworze mieściły się mieszkania dla jego pracowników. Obecnie budynek jest opuszczony i bardzo zaniedbany.

Brodząc w mokrej trawie i od czasu do czasu zapadając się w grząskim gruncie docieramy do budynku dworu.  Jest on wysoko podpiwniczony, parterowy, nakryty dachem dwuspadowym. Po środku dziewięcioosiowej fasady umieszczono mocno wysunięty przed lico, dwukondygnacyjny, trzyosiowy ryzalit zwieńczony trójkątnym naczółkiem. W jego szczycie umieszczono ozdobny znak,a pod nim oculus.

W ryzalicie znajduje się wejście główne do budynku. Częściowo zachowały się pierwotne drzwi o zachwycającej dekoracji. Finezja niemalże koronkowych ornamentów ozdabiających górne części drzwi po prostu zdumiewa. Już same te drzwi świadczą o tym, jak w czasach świetności musiał wyglądać dwór Łubieńskich. Wielka szkoda, że to cudo, zabezpieczone jedynie prowizorycznie, narażone jest na zniszczenie i dewastację. Otwory okienne w obu skrzydłach fasady są prostokątne, podkreślone wycinkami gzymsu. W ryzalicie okna zamknięte są wycinkowo. Po obu stronach ryzalitu, pod dachem,  biegnie szeroki gzyms ozdobiony sztukateryjnymi okręgami.

W elewacji ogrodowej znajduje drewniana weranda ozdobiona snycerskimi elementami nawiązującymi do stylu szwajcarskiego.Budynek nosi ślady dyletanckich napraw, które zapewne były dokonywane w czasach, w których dwór pełnił funkcje mieszkalne dla pracowników. Jednak destrukcja obiektu następuję błyskawicznie, na zdjęciach sprzed paru lat widnieją jeszcze szyby w oknach, teraz wszystkie pozabijane są dyktą, lub powybijane.

W parku dworskim znajdują się jakiś zabudowania, ale są ledwo widoczne zza kurtyny liści. Aby do nich podejść musiałabym przedzierać się przez krzaki, więc nawet bez większego żalu rezygnuję. I tak, zanim z powrotem wsiądę do samochodu, będę musiała porządnie wyczyścić buty. Na podeszwach bowiem mam kilka warstw błota i liści…

 

4 uwagi do wpisu “Dwór Wojciecha Łubieńskiego w Kiączynie. Wielkopolskie rezydencje

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s