Żurawia. Ruiny pałacu Maksymiliana von Radzimińskiego

Tym razem, wracając z Kcyni, postanowiłyśmy skręcić do Żurawiej. To niewielka wioska, w której jeszcze do końca ubiegłego wieku stał pałac wzniesiony przez Maksymiliana von Radzimskiego. Jak się okazało, decyzję o zobaczeniu go podjęłyśmy niemal w ostatnim momencie. Jeszcze parę lat, i nie będzie po nim śladu…W dokumentach pisanych Żurawia zaistniała w połowie XIII wieku i wtedy była wsią szlachecką. Co się z nią działo przez kolejne pięć stuleci dokładnie nie wiadomo. W 2 połowie XVIII wieku, Żurawia należała do Antoniego Radzimińskiego herbu Lubicz żonatego z Teresą z Jastrzębców. Po nich, w 1775 roku, majątek objęło trzech ich synów: Józef (gnieźnieński sędzia ziemski), Franciszek i Adam. Z dokumentów wynika, iż Józef przeżył obu swych młodszych braci i został jedynym dziedzicem Żurawiej. Z żoną, Michaliną ze Złotnickich ze Srebrnej Góry doczekał się licznego potomstwa. Spośród niego, Żurawia pozostała w gestii Piotra Radzimińskiego, szambelana JKM, kawalera orderu św. Stanisława. Piotr, ok 1790 roku, ożenił się z Teklą Pikarską, a po jej śmierci pojął za żonę, o ćwierć wieku młodszą, Weronikę Guttry. Ta, urodziła mu piętnaścioro dzieci, między innymi syna Maksymiliana i córkę Patrycję.

Maksymilian, w połowie XIX stulecia, ożenił się z Jadwigą z Łodziów Rogalińskich z Dzwonowa. Dla nich wzniesiono okazały dwór w Żurawiej. Był to budynek murowany, posadowiony na planie prostokąta, nakryty naczółkowym dachem. Fasada wzbogacona była  dwoma dwukolumnowymi portykami. Słowem miała wygląd szacownego ziemiańskiego dworu i najwyraźniej miała się stać gniazdem rodzinnym. Jednak już po kilku latach, majątek wraz z dworem, przeszedł w obce ręce.

Nowymi dziedzicami Żurawiej zostali Maria z von Mach’ów i Werner von Bullowie, którzy około 1865 roku. dwór przebudowali dostawiając od frontu obszerną, przeszkloną werandę, nad którą umieszczono wystawkę z trójkątnym szczytem. Przy bocznej elewacji dodano okazały, parterowy aneks. Kolejnymi dziedzicami na Żurawiej z rodziny von Bullow  byli Elisabeth z von Puttkammerów i Gebhard. Po nich, już w początkach XX wieku, majątek przejął  Georg von Bulow, który w 1904 roku ożenił się z Agnes Freiin von Vietinghoff Scheel. Z ich inicjatywy, tuż przed wybuchem I wojny światowej przebudowano dwór po raz kolejny. Georg nie długo cieszył się nową inwestycją, po ciężkiej chorobie zmarł w 1917 roku. Majątkiem zarządzała owdowiała Agnes, która w 1937 roku przekazała go synowi Hermanowi von Bulow. Herman obejmując Żurawią był już od pięciu lat żonaty z Dorothe’ą Freiin von Vietinghoff Riesch. Oni byli ostatnimi, przedwojennymi prywatnymi właścicielami dworu, utrzymując Żurawią do 1945 roku. Przy wyzwalaniu ziemi kcyńskiej mocno ucierpiał dwór w Żurawiej, w który wjechał sowiecki czołg. Hermann von Bulow wojnę przeżył i zmarł w Monachium dożywszy prawie stu lat.

Po wyzwoleniu dwór został oddany w zarząd Państwowemu Gospodarstwu Rolnemu w Chwaliszewie, które zakwaterowało tam mieszkańców. W zamian za zwolnienie z czynszu zobowiązano ich do bieżących remontów budynku. Nowi lokatorzy, „awansowani” (prawdopodobnie wprost z chat krytych słomą) do pałacowych pokoi, byli zaprzeczeniem tezy, że „byt określa świadomość”.  Jakichkolwiek remontów  potrzeby nie czuli, za to, przenosząc zwyczaje ze swych poprzednich siedzib, w buduarze dawnej dziedziczki, hodowali świnie…  Nic więc dziwnego, że budynek niszczał i kiedy, w 1986 roku, wpisano go do rejestru zabytków był już bardzo zdewastowany. W końcu XX wieku, właściciel obiektu, gmina Kcynia, wystawił go na sprzedaż, licząc na to, że nabywca wywiąże się z ciążących na nim zobowiązań renowacji. Niestety, tak się nie stało, destrukcja dworu postępowała nadal. Między innymi zdemontowano charakterystyczny portyk frontowy który podobno wywieziono w niewiadomym kierunku, pozrywano podłogi i pozbawiono budynek wszystkiego, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. W 2000 roku zawalił się dach, mimo to, w 2004 roku, ruiny za symboliczną złotówkę, udało się sprzedać.  Nowa właścicielka zaprowadziła w pobliżu ruin wylęgarnię drobiu. Niewątpliwie, w zdziczałym parku, ptactwo miało bardzo ekologiczny wybieg.

Wjeżdżając do Żurawiej nie sposób nie zauważyć solidnego, betonowego płotu ogradzającego spory szmat zdziczałej zieleni. Ogrodzenie jest solidne, jednak istnieją w nim liczne wyrwy, które chętnym umożliwiają  zagłębienie się w bujnie rozrosłą przyrodę. My jednak najpierw szukamy „oficjalnego” wejścia. Objeżdżając teren w końcu trafiamy na resztki bramy flankowanej przez dwa potężne pylony. W prawdzie jej światło jest zabudowane, jednak boczne wyrwy pozwalają na wkroczenie na dworski teren. Mimo, iż nie wygląda on zbyt przychylnie, decydujemy się poszukać tego, co zostało z dawnego dworu. Nie bacząc na smagające nas po łydkach parzydełka pokrzyw, brniemy do przed siebie. Nie jest to proste, pierwotny układ alejek dawno już uległ zatarciu, jednak zakładając, że gdzieś tam w głębi musi stać interesujący nas budynek, posuwamy się po omacku, na zasadzie „byle do przodu”. Zaczyna padać drobny deszcz, co dodatkowo utrudnia  nam wędrówkę, ale nie poddajemy się. W końcu gąszcz drzew i krzewów zaczyna się przerzedzać, a za pojedynczymi okazami starych drzew majaczą ruiny…

Stary dwór, duma Radzimińskich i von Bulowów przedstawia stan katastrofalny i nie jest do uratowania. Jeszcze można odczytać ślady piętrowych części bocznych. Jednak po półokrągłym portyku z ośmioma kolumnami doryckimi nie ma już śladu. Podobnie jak po okolonym żeliwnymi balustradami tarasie, rodowym herbie von Bulowych, o detalu architektonicznym nie wspominając.

Jeszcze jako- tako trzyma się stary spichlerz nakryty naczółkowym dachem, ale obawiam się, że jego dni też już są policzone. Ciekawostką jest fakt, iż pierwotnie wcale nie miał być spichlerzem. Budowany był jako zbór ewangelicki i dopiero później został przeznaczony do bardziej przyziemnych funkcji. Kiedyś pisałam o kościele w Wyszynach, który powstał ze starego spichlerza, tutaj mamy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym.

Chwilę jeszcze oglądamy ruiny starając się w wyobraźni zwizualizować jego pierwotny wygląd. Dochodzimy do smutnego wniosku, że za parę lat po dawnym pałacu w Żurawiej pozostaną jedynie pojedyncze cegły i, być może, park.

Przed nami jeszcze droga powrotna do samochodu, Robimy „w tył zwrot” i znowu ruszamy przed siebie błądząc wśród zarośniętego krzewami i trawą po kolana bezdroża. Szukamy jakiś bardziej „wydeptanych” ścieżek, które wyprowadziłyby nas z tego labiryntu. W końcu trafiamy na dziurę w płocie, którą wychodzimy na drogę. Okazuje się, że jesteśmy o paręset metrów od miejsca, w którym zaparkowałyśmy samochód. Nie jest źle… Dałyśmy radę!

20 uwag do wpisu “Żurawia. Ruiny pałacu Maksymiliana von Radzimińskiego

  1. Łzy w oczach kręcą się patrząc na pałac 😢, szkoda ze nie można normalnie spacerować po parku tak jak dawniej. Mieszkańcy na pewno z miłą chęcią spacerować by chcieli. Szkód ze niewidomo kto jest właścicielem może by pozwolił mieszkańcom na nowo wybudować ścieżki🧡

    Polubienie

  2. Ciekawy post.
    Ogólnie to są ruiny pałacu w Żurawi , nie Żurawej.
    Jeszcze na początku 2000 roku obekt ten był w dość dobrym stanie , jednak popularne w tych czasach zbieranie złomu, sprawiło, że z budynku znikało wszystko co dalo się spienieżyc. Pod samym pałacykiem były bunkry. Starsi mieszkańcy Żurawi opowiadali o rzekomym podziemnym korytarzu , który prowadził, aż do Kcyni.
    Istnieją też dwie legendy dotyczące samego parku. Jedna o szklanej grocie. Druga o ” Niegrzecznej Pannie ” Wchodząc przez filary i kierując się w lewą stronę w głąb parku można było znaleźć „pozostałości ” po stawach.
    Co do samego spicheza , pamietam czasy kiedy faktycznie leżało tam zborze , nie jestem pewny czy w samym pałacu nie przechowywano też zbóż z pobliskiego PGR ( dziś budynki po dawnym PGR zostały zmodernizowane pod chodowe gęsi dla prywatnego przedsiębiorstwa) Sama wies ma potencjał na bardzo ładne miejsce , jednak mentalność mieszkańców głęboko osadzona jeszcze w czasach komunizmu , brak poczucia wspólnoty i typowe ” co mi się nie należy?” Sprawia , że miejscowosc niszczeje.

    Polubienie

    • Tak, jest tam podziemny tunel,a jego właz był przed pałacem od strony murów fermy. Jako dziecko wraz z innymi dziecmi weszliśmy do tego tunelu. Dzieci lat 80tych pamietają zabawy w pałacu. Najciekawsze jednak były piwnice 🙂

      Polubienie

      • Na pewno dla dzieci był to fascynujący (choć niezbyt bezpieczny) teren zabaw. Cóż, przez złe decyzje władz gminnych, po pałacu zostaną jedynie wspomnienia

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s