Na poznańskich szachtach.

W niedzielne popołudnie pogoda wprawdzie temperaturą nie powalała, ale wbrew wcześniejszym prognozom, nie padało. Postanowiłyśmy się więc wykorzystać sprzyjające warunki i wybrać się na szachty.  Decyzja okazała się ze wszech miar słuszna, bo następnego dnia sypnęło śniegiem i gradem…

  Szachty to teren położony w południowej części miasta. Usytuowane są między Górczynem, Świerczewem, Fabianowem i Luboniem oraz ciągną się po drugiej stronie Głogowskiej, w Rudniczem. Dziś to miejsce nazwano by „Gliniankami” bądź „Wykopami”. Nieco egzotycznie brzmiące „Szachty” oznaczają mniej to samo, tyle, że w języku niemieckim (schachten- kopać, schacht – dół, szyb) którym, z racji tego, iż Poznań był miastem należącym do Prus, jego mieszkańcy lepiej lub gorzej władali.  Szachtami nazywano teren, na którym w związku z boomem budowlanym przełomu XIX i XX wieku, kopano glinę potrzebną do wyrobu cegieł.  Z czasem wyrobiska wypełniły się wodą i utworzyły malownicze stawy…

W 1 połowie XIII wieku tereny te, przez księcia Władysława Odonica, zostały ofiarowane poznańskiemu archidiakonowi Piotrowi. Po jego śmierci dobra przejęła kapituła katedralna, jednak kościelni właściciele niezbyt chętnie inwestowali w swoje dobra, zadowalając się doraźnym zyskiem. Taka polityka sprawiła, że wieś biedniała, pustoszała i w XVI wieku nie pozostał w niej ani jeden kmieć, a nieuprawiane pola zmieniły się w ugory. Ponowne zasiedlanie tych terenów rozpoczęło się  w XVIII stuleciu, jednak szło dość niemrawo. Nie ma się co specjalnie temu dziwić, ziemie były tu piaszczyste, gliniaste, nieurodzajne. Na dodatek, za sprawą przecinających ją potoczków zwanych „Wielgim Lasem” (dzisiejsza Górczynka) i „Strugą” (Strumień Junikowski) teren był podmokły i bagnisty, czyli stanowił niełakomy kąsek. Dopiero w XIX wieku, w związku z rozbudową miasta, jak grzyby po deszczu, zaczęły powstawać tam cegielnie. W czasach największej prosperity, wszystkie te zakłady połączone były siecią kolejek wąskotorowych, ułatwiających przewóz surowca i wywóz gotowych wyrobów.

Dziś, po większości owych zakładów  pozostały jedynie „szachty”, tajemnicze stawy o porośniętych wysoką trzciną, postrzępionych brzegach. Podobno jest ich  około czterdziestu, niektóre  są małe, inne całkiem spore. Powierzchnia tych największych to ok. 12 hektarów. Większe akweny mają nawet swoje nazwy takie jak:  „Stara Baba” „Karpętaj” „Głęboki Dół”, „Glabisa” itp.

Podjechałyśmy od ulicy Głogowskiej. Zatłoczony parking dał nam do zrozumienia, że nie tylko my wpadłyśmy na „genialny” pomysł odwiedzenia szacht.  Na szczęście teren jest na tyle rozległy, że poza „wąskim gardłem” prowadzącym do wieży, tłumów widać nie było.

Aby  obejrzeć szachty można skorzystać ze ścieżek edukacyjnych wytoczonych w pobliżu owych akwenów, albo wspiąć się po 120 wygodnych stopniach 25metrowej wieży widokowej.  Wieża na Mieleszyńskiej to stosunkowo „młoda” atrakcja, powstała w 2018 roku i od tego czasu cieszy się niesłabnącym powodzeniem.

My postanowiłyśmy skorzystać zarówno  z pierwszego, jak i z drugiego rozwiązania ponieważ każde z nich wiąże się z odmiennymi wrażeniami. Zaczęłyśmy od wejścia na wieżę. Stopnie prowadzące na taras widokowy są tak wygodne, że prawie  nie czuje się wspinaczki.  Nagrodą za wysiłek jest widok jaki się roztacza z wysokości 25 metrów. Okoliczny pejzaż prezentuje się wprost obłędnie,  dopiero z góry można ogarnąć cały teren i napawać się urodą postrzępionej linii brzegowej wyrobisk.

Z kolei przyjemność spaceru wzdłuż zarośniętych wysokimi trzcinami brzegów  wzbogaca widok wodnego ptactwa, które ma tu swoją enklawę. Dochodzimy  nad „Staw Rozlany”, przy którym urządzony jest półokrągły pomost widokowy, a wzdłuż ścieżki, dla chcących dłużej rozkoszować się otaczającą przyrodą, rozstawione są ławki a dla żądnych wiedzy, tablice edukacyjne informujące o historii i specyfice tego miejsca.Miejsce piękne, ciszę przerywa tylko jazgot ptactwa i wierzyć się nie chce, że to środek przeszło półmilionowego miasta a niedaleko biegnie ruchliwa A2.

Nacieszywszy oczy przyrodą, dostarczywszy mięśniom ruchu a płucom tlenu, ruszyłyśmy zająć się naszą największą pasją, czyli oglądaniem starej architektury Zaczęłyśmy od zwiedzania ruin starej cegielni, zdaje się, że jednej z sześciu dużych ( Fabianowo, Junikowo,Kotowo, Rudnicze, Świerczewo, Żabikowo), które działały tu w 1919 roku. Obecnie to kompletna ruina, ale kiedyś musiała to być solidna i piękna budowla. Świadczą o tym m.in. odsłonięte po pożarze drewniane belki więźby dachowej, łuki hali, ceglane mury.  Obok hali głównej znajdują się resztki zabudowań pomocniczych i wysoki stary komin z jasnej cegły. Szkoda, że to wszystko niszczeje. W budynku głównym byłaby wspaniała, klimatyczna sala widowiskowa. Niestety, tabliczki wiszące na obiekcie, nie pozostawiają złudzeń: „do likwidacji”.

Z ruin przenosimy się nieco dalej, na Świerczewo. Zawsze, kiedy tamtędy przejeżdżałyśmy, frapował nas stary ceglany mur i widniejący za nim starodrzew, jednak nigdy nie miałyśmy dość czasu aby się tam zatrzymać. Teraz pojechałyśmy tam specjalnie żeby obejrzeć posiadłość  Hugona Kindlera i Gustawa Kartmanna. Obaj panowie byli zarówno przedsiębiorcami budowlanymi jak i architektami a także właścicielami sporego folwarku, na którym znajdowała się także cegielnia parowa, budynki mieszkalne dla pracowników, stajnia, wozownia spichlerz itp. Poza tą posiadłością mieli również wspaniałą pracownię w centrum miasta (przy Działyńskich), w której aby zrobić wrażenie na potencjalnych klientach, zastosowano najnowsze (wówczas) rozwiązania, detale i zdobienia. Poza tym, Hugo Kindler posiadał także (wzniesioną według własnego projektu) kamienicę na rogu Wielkiej i Szewskiej, która stoi do dziś. Może kiedyś będę miała okazję o tych obiektach opowiedzieć. Tradycje „ceglarskie” Hugona kontynuował Norbert Friedrich Kindler, który w latach 1928-1943  był prawdziwym „świerczewskim królem cegieł”. Na Świerczewie posiadał także wytwórnię kafli a w jego zakładach pracowała większość mieszkańców osiedla. Za czasów Kindlera park przy Leszczyńskiej, jako własność prywatna, był pięknie utrzymany, spacerowały po nim pawie a dzieci jeździły na kucykach. Teraz niestety założenie nie jest specjalnie zadbane.

Od frontu, niemal przy samej ulicy, odgrodzony od niej czerwonoceglanym murem, stoi dom właściciela cegielni. Powstały w pierwszej dekadzie XX wieku  budynek jest  dwukondygnacyjny, pięcioosiowy, nakryty  wysokim dwuspadowym dachem pod którym skrywają się dwie kondygnacje poddasza. W fasadzie na osi umieszczono jednoosiowy ryzalit.Budynek jest częściowo otynkowany, pozostawiono jednak ceglane lizeny a w szczytach, partia poddasza, wzbogacona jest elementami drewnianymi.

Idąc w głąb dość rozległego (i niestety również zaniedbanego) parku odnajdujemy tak zwany „dom gościnny”. Ten jest po prostu prześliczny. Zastosowano w nim wiele zabiegów stylistycznych i użyto różnych rodzajów cegły, oczywiście pochodzącej z własnej cegielni.Pseudoboniowania, ozdobne opaski wokół wycinkowo zamkniętych okien, fryz poddachowy, łagodnie zaokrąglony szczyt i dekoracyjne elementy drewniane składają się na uroczą całość.

Mnie najbardziej spodobała się drewniana przybudówka z klatkę schodową. W obrębie założenia zachowały się także zabudowania gospodarcze, niektóre z nich wykorzystywane są do dziś.

Miałyśmy też w planach odwiedzić tego dnia  Rudnicze, czyli szachty po przeciwnej stronie Głogowskiej, na których znajduje się stary dworek i park. W owym parku, w 1869 roku zabito  właściciela posesji, księdza Ignacego Cwojdzińskiego. Zdaje się, że ani sprawców ani motywu zabójstwa nie odkryto do dzisiaj. Jednak pierwotne plany musiałyśmy zweryfikować,  spacer po szachtach zajął nam więcej czasu niż pierwotnie zakładałyśmy, zrobiło się późno i w związku z tym Rudnicze postanowiłyśmy zostawić sobie na inny dzień.

 

11 uwag do wpisu “Na poznańskich szachtach.

  1. Witam, byłam tam całkiem niedawno na rodzinnym spacerze wszystko jest tak jak Pani opisuje .Niestety jest jedno małe ale,.Tym ale są śmieci i porażająca ilość poetów, z ģóry ich nie widać ale spacerując po alejach….Pozdrawiam A.M

    Polubione przez 2 ludzi

    • Ma pani rację… Zdaję się, że lokalne grupy próbują z tym walczyć, ale to walka z wiatrakami 🙂 Problemem jest nieustalona własność terenu, który niektórzy traktują jako dzikie wysypisko 😦 Pozdrawiam gorąco 🙂

      Polubione przez 1 osoba

    • Dziękuję 🙂 Miejsce rzeczywiście pełne uroku, zwłaszcza, że to prawie środek miasta. Graffiti rzeczywiście interesujące, a niektóre z napisów zdradzają niezwykłe podejście do rzeczywistości i poczucie humoru autorów 😉

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s