Pałac w Zakrzewie

Ktoś, kiedyś napisał, że stare dzieła mają w sobie moc przyciągania dziwaków. Coś w tym jest… Prawdziwych pasjonatów historii sztuki zupełnie nie interesuje  materialna wartość dzieł, cena kruszcu z jakiego zostały wykonane, nawet nazwisko twórcy, ma drugorzędne znaczenie. Tym, co ich „kręci”, jest ciekawa forma oraz historia zawarta w murach, meblach, płótnach.  Dla nich domy i sprzęty były świadkami narodzin i śmierci. Widziały intrygi, zdrady, bankructwa, ale też oglądały wielkie  miłości, bezinteresowne przyjaźnie. Patrzyły na ludzką szlachetność  i na człowieczą podłość, na wojny, gwałty, przemoc i klęski. Wszystko przetrwały. Już samo to czyni je fascynującymi, a jeśli jeszcze doda się ich niepowtarzalne piękno, (którego nigdy nie osiągną budynki czy przedmioty produkowane masowo) łatwo zrozumieć, czemu  nie można się im się oprzeć. Ja w każdym razie nie potrafię i dlatego nosi mnie po zakątkach, do których żaden szanujący się turysta nie zagląda. Cóż, widocznie jestem dziwaczką, którą bardziej cieszy odkrycie na wpół zrujnowanego dworu, niż popijanie drinka na plaży w egzotycznym kurorcie…  Tym razem  owa nieodparta siła zawiodła mnie do Zakrzewa położonego na krańcach powiatu nowotomyskiego.

Miejscowości o nazwie „Zakrzewo” jest w Wielkopolsce kilka. O wspaniałym pałacu Albina Węsierskiego w  Zakrzewie, w powiecie gnieźnieńskim już kiedyś pisałam. Dziś chciałabym poświęcić post innemu wielkopolskiemu Zakrzewu, czyli wsi położonej na granicy powiatów wolsztyńskiego i nowotomyskiego. Stojący tam pałac jest architektonicznie ciekawy i, co chyba dla mnie ważniejsze, miał bardzo zacnego właściciela.

Pierwsza wzmianka o tej wsi pochodzi z XIV wieku i wtedy Zakrzewo należało do dóbr będących własnością Samsonów z Nądni. Wielisław z Nądni herbu Samson, w 1320 roku ofiarował je cysterskiemu klasztorowi w Paradyżu. Mnisi musieli  później majątek sprzedać lub wymienić, bo już w XV stuleciu Zakrzewo stało się własnością prywatną. W XVI wieku należało do Dobrogosta Chobienickiego herbu Szaszor. W połowie XVII wieku dzierżył je Mikołaj Chłapowski, o którym wiadomo, że był fundatorem tutejszej drewnianej kaplicy, która służyła miejscowej społeczności do XIX wieku. Majątek później wszedł w skład klucza zbąskiego, który w XVIII stuleciu dzierżyli Garczyńscy herbu Sas Pruski oraz Mielęccy herbu Aulok. Potem prawdopodobnie przeszło w niemieckie ręce.

W XX wieku Zakrzewo stało się własnością Wierzchowieckich herbu Oksza. Przy Wincentym Wierzchowieckim chciałabym się na moment zatrzymać.  Urodził się  w 1875 roku, w Stanisławowie koło Wrześni, jako najstarszy syn Antoniny z Siudzińskich i Piotra Wierzchowieckich herbu Oksza. Miał młodsza siostrę Eleonorę (1878-1958), która wyszła za mąż za Józefata Łuszczewskiego i brata Hipolita (1880-1944), żonatego z Teodozją Ziemniewicz. Wincenty ożenił się dość młodo, w 1900 roku w Żerkowie poślubił  Władysławę córkę Wiktorii z Zarzyckich i Stanisława Deplewskich.  W rok po ślubie przyszedł na świat ich syn Alfons, który później walczył w Powstaniu Wielkopolskim, wojnie polsko-bolszewickiej oraz brał udział w Bitwie Warszawskiej 1920 roku.  W latach międzywojennych był cenionym historykiem sztuki i opiekował się zbiorami numizmatycznymi poznańskiego Muzeum Archeologicznego.

W dwa lata po Alfonsie urodził się Mieczysław (1902-1973) późniejszy ppor. rezerwy kawalerii, uczestnik kampanii wrześniowej, kawaler Krzyża Walecznych za obronę stolicy.  W dwa lata po nim na świecie pojawił Stanisław (1904-1970), który po II wojnie zajmował się organizacją ośrodków hodowli roślin. W 1906 urodził się kolejny syn Henryk, który w czasie okupacji wysiedlony w przemyskie znalazł pracę w majątku Grochowce (własność Aleksandra de Lago) gdzie pod swoim dachem ukrywał Żydówkę, a żywnością z majątku wspierał pobliski klasztor opiekujący się osieroconymi dziećmi (także żydowskimi).

Po pięciu synach Władysława I Wincenty doczekali się córki, którą ochrzczono  imionami  Janiny Marii (1907-1982). Dziewczynka musiała być ulubienica zarówno rodziców jak i starszych braci. Otrzymała staranne wykształcenie w szkołach klasztornych sióstr Urszulanek w Belgii, Francji i Anglii. Wyszła za mąż za Wincentego Łukaszewskiego a po II wojnie pracowała jako bibliotekarka.  Po Janinie, Władysława urodziła jeszcze synów Mariana (1909-1980), Janusza (1912-1944, żołnierz ZWZ-AK poległ w bitwie z Niemcami w lasach starachowickich pod Piotrowym Polem) oraz córkę Halinę, która zmarła bardzo młodo (21 lat) w 1935 roku.

Przed pierwsza wojną, obarczony już ósemką potomstwa Wincenty dzierżawił od biechowskiego klasztoru dwustuhektarowy majątek. Musiał być bardzo dobrym gospodarzem, skoro udało mu się utrzymać i wykształcić gromadkę dzieci i zgromadzić kapitał na zakup samodzielnego majątku.  Inna rzecz, że po wojnie opuszczane przez Niemców majątki, zwłaszcza te usytuowane w pobliżu nowo wytyczonej zachodniej granicy, były stosunkowo tanie.  Po 1919 roku pan Wincenty kupił Zakrzewo wraz z folwarkiem Stefanowo i wreszcie, wraz z rodziną osiadł „na swoim”. Wincenty Wierzchowiecki był człowiekiem obrotnym i przedsiębiorczym, nie ograniczył się jedynie do posiadłości ziemskiej miał też, przynoszące dochód, udziały w przedsiębiorstwie „Młyny Ostrowskie”.

Jego dewizą było „przez  samorząd i pracę społeczną do potężnej Polski” i tym hasłem kierował się przez całe swoje życie. Angażował się w akcje społeczne, wspomagał potrzebujących, był też fundatorem i patronem kościoła parafialnego w Zbąszyniu. Cieszył się ogólnym szacunkiem, czego dowodem może być powierzenie mu stanowiska wójta zbąskiej gminy. O jego postawie patriotycznej świadczy gorące zaangażowanie w zbiórkę pieniędzy na zakup broni dla polskiej armii w 1938 roku. Chociaż był „herbowym” ziemianinem nie posługiwał się rodowym godłem Okszą, za to zwykł mawiać, iż jego herbem są ” Praca i Honor” a całe jego życie świadczy o tym, że obie wartości traktował bardzo poważnie.  Moim zdaniem, o najwyższej wartości moralnej Wincentego Wierzchowieckiego, świadczy to,  jak zachował się wobec deportowanych z Niemiec Żydów w październiku 1938 roku. O tym mało znanym incydencie pisałam  w poście „Zbąszyń okruchy historii”, teraz tylko przypomnę iż chodzi o kilka tysięcy  Żydów, którzy posiadając polskie paszporty przebywali w tym czasie na terenie Niemiec. W marcu rząd polski (obawiając się masowego powrotu owych „kłopotliwych” obywateli do kraju) uchwalił ustawę o możliwości pozbawienia obywatelstwa tych, którzy co najmniej pięć lat przebywali za granicą, równocześnie ustalając  ważność ich paszportów do dnia 29 października 1938 roku. Fakt ten wykorzystali Niemcy, wysiedlając z swych granic wszystkich polskich Żydów. Ludziom tym na ogół nie pozwolono niczego ze sobą zabrać, pakowano ich do zaplombowanych wagonów, którymi przewieziono ich na polską stronę granicy. Tam  pozostawiano ich samych sobie. Duże transporty znalazły się w okolicach Bytomia, Chojnic, Wschowy oraz Zbąszynia. Tragedia tych ludzi polegała na tym, że do 28 października byli obywatelami polskimi, i jako tacy zostali deportowani z Niemiec. Następnego dnia, kiedy znaleźli się na ziemi polskiej byli już bezpaństwowcami, za których państwo polskie odpowiedzialności nie brało. Jako już „nie polskim obywatelom” nie pozwolono im wjechać w głąb kraju, jak również (z tych samych względów) nie mogli powrócić do Niemiec czy ubiegać się o emigrację do innych krajów. Znaleźli się w sytuacji bez wyjścia, zdani jedynie na dobrą wolę okolicznych mieszkańców. A z tą, w stosunku do innowierców różnie bywało…

Wincenty Wierzchowiecki był jednym z pierwszych, którzy pospieszył tym ludziom (całkowicie mu obcym, zarówno narodowościowo jak i wyznaniowo) z bezinteresowną pomocą. Osadził ich w swoim folwarku w Stefanowie gdzie otoczył opieką wspierając materialnie i finansowo. Uważam to za piękny (i niestety, niezbyt częsty) przejaw zarówno humanitaryzmu jak i tolerancji, które (do dzisiaj) u większości są jedynie pustymi frazesami.

W kilka miesięcy później, Wincenty i jego żona znaleźli się w tej samej sytuacji wygnańców. Ze swego Zakrzewa Wierzchowieccy zostali przez Niemców wysiedleni do GG. Schronienie znaleźli w Jałowęsach w powiecie opatowskim, gdzie w 1942 roku zmarł Wincenty Wierzchowiecki herbu Oksza. Został pochowany w Opatowie.

Tyle wiadomości o ostatnich, przedwojennych właścicielach pałacu…

Dach budynku zobaczyłyśmy już z oddali. Podobnie,  jak w przypadku wielu innych obiektów znajdujących się w rękach prywatnych, w tym momencie odczuwamy dreszczyk emocji  „czy, i ile uda nam się zobaczyć?”  Podjeżdżamy pod szeroko otwartą bramę, na której czytamy, iż całe założenie użytkuje obecnie przedsiębiorstwo rolnicze. Ponieważ z ludźmi pracującymi zawodowo „na ziemi” zawsze dobrze się dogadujemy, więc z mniejszym już stresem wjeżdżamy na teren gospodarstwa. Powstały ok 1910 roku budynek jest niezwykle okazały. Wysoko podpiwniczony, dwukondygnacyjny z użytkowym poddaszem nakryty czterospadowym dachem mansardowym, w którym umieszczono rząd facjatek.  Na osi fasady umieszczony jest półokrągły, częściowo przeszklony arkadowy ganek, okolony z trzech stron schodami. Oś główną akcentuje również półokrągły naczółek oraz umieszczona na dachu niska, ośmioboczna wieżyczka z latarnią zwieńczoną kulą.

Budynek, mimo iż pilnie potrzebuje remontu, jest prześliczny. Nasze pojawienie się nie uszło uwagi aktualnego gospodarza obiektu. Kiedy wyłuszczyłyśmy mu cel naszej wizyty odniósł się do naszej pasji bardzo życzliwie i pozwolił porobić zdjęcia. Nawet uchylił przed nami drzwi wejściowe, abyśmy mogły zobaczyć piękną stolarkę, jedyne, co pozostało z pierwotnego wyposażenia pałacu.Przecudne gryfy strzegące wejścia oraz oryginalne drzwi sprawiają, że stajemy olśnione.

W elewacji ogrodowej, na osi budynku mieści się się obwiedziony tralkową balustradą taras, z którego schody prowadza do parku. Niegdyś zapewne był w nim wytyczony układ ścieżek, po którym teraz nie pozostał ślad.Detal architektoniczny ogranicza się do rzędu wyznaczających osie lizen oraz gzymsów oddzielających kondygnacje.Jedynie drzwi wejściowe na taras oraz sąsiednie okno otrzymały dekoracyjne naczółki w formie wspartego na konsolkach wycinka gzymsu i opartej o niego arkady.

Chwilę rozmawiamy z naszym gospodarzem o bolączkach dzierżawcy obiektu zabytkowego, na którego właściciel (gmina) zrzuca obowiązek wszelkich inwestycji, nie dając w zamian za poniesione nakłady, żadnych gwarancji ich zwrotu. Rozumiemy problem, niejednokrotnie spotykamy się z nim podczas naszych podróży. Potem bardzo dziękujemy za możliwość obejrzenia pałacu żegnamy się i odjeżdżamy.

12 uwag do wpisu “Pałac w Zakrzewie

  1. Mam dla Ciebie dwie wiadomości, dobrą i złą. Zacznę od drugiej, a mianowicie aspekt historyczny tekstu najmniej przypadł mi do gustu, za to reszta zacna! Szalenie podoba mi się ten wstęp – dobrze wiedzieć, że nie jestem jedynym dziwakiem na Ziemi!
    Warstwa fotograficzna jak zwykle podoba mi się 🙂
    Miłego dnia!

    Polubienie

    • Dlaczego uważasz, że to, iż nie przypadł Ci do gustu rys historyczny, jest złą wiadomością? Wszak „de gustibus non est disputandum” 😉 Co do „dziwaków, ekscentryków, czy odmieńców” to przypuszczam że na pewno nie jesteśmy jedyni, choć zapewne w mniejszości. Nie wiem jak Ty, ale ja nigdy za tłokiem nie przepadałam 😉 Miłej „majówki” Piotrek 🙂

      Polubione przez 1 osoba

      • 😀 Zastanawiam się, czy powinnam podziękować „za nawzajem”, czy domyślisz się mojej wdzięczności 😉 Ale podobno sztuka „domyślania się” obca jest mężczyznom więc dziękuję;-)

        Polubione przez 1 osoba

      • PS: znalazłem bardzo smaczną, nieczynną posiadłość Potockich w Krzeszowicach… tylko tak kogoś mi tam brakuje, bo nie jestem tak wielkim miłośnikiem architektury, żeby fotografować same tylko budowle… choć tak akurat uczyniłem, waham się jeno z publikacją… może jeszcze jakieś dodatkowe, interesujące foty wpadną w międzyczasie? 🙂

        Polubienie

      • Zazdroszczę Ci tych Krzeszowic, znam ich historię, ale nigdy tam nie byłam 😉 Zdaje się, że decyzją NSA spadkobiercy Potockich odzyskali posiadłość więc istnieje ewentualność, iż niedługo teren będzie niedostępny. Dobrze zrobiłeś, że mimo niechęci do „gołej” architektury uwieczniłeś ją. Będę niecierpliwie czekać na Krzeszowice w Twoim obiektywie i z ciekawością zastanawiać się w czyim towarzystwie tę naguskę opublikujesz 😀 Gorące pozdrowionka na zimną majówkę 😀

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s