Znowu w Pszczewie. Spacer po miasteczku

O Pszczewie pisałam już dwukrotnie. Mam sympatię do tego pięknie położonego, urokliwego miasteczka. Oczywiście największą chlubą  jest wspaniale odnowiony folwark Pszczew, którego zrewitalizowane budynki służą dziś jako centrum wypoczynkowe. Ale o nim już pisałam w jednym z postów. W innym zajmowałam się rynkiem, piękną plebanią i kościołem. Dziś chciałabym pokazać urodę starych uliczek.

O historii Pszczewa pisałam w poprzednich postach więc teraz jedynie krótko przypomnę, iż początkowo należał on do biskupów poznańskich, po kasacie majątków kościelnych stał się własnością rządu pruskiego. W 1828 roku, od Królewskiego Banku w Berlinie, majątek kupił  baron Johan Friedrich Rudolf Hiller von Gaetringen. Baron von Gaertingen pochodził z rodziny o tradycjach wojskowych, jego ojciec Johan Christopher był generałem dywizji kawalerii, a dziadek ze strony matki (von Heising) generałem broni. W dwa lata przed nabyciem Pszczewa (wówczas Betsche) Johan (zdaje się, że głównie używał czwartego imienia „Rudolf”) zdążył ożenić się z dziewiętnastoletnią panną Sophie von Motz, córką pruskiego ministra skarbu. Po przeniesieniu się do  Pszczewa pełnił funkcję międzyrzeckiego starosty powiatowego.

Sofia von Gaertringen, córka Rudolfa i jego małżonki Zofii z von Motz’ów, w 1844 roku poślubiła  barona Bernharda Zu Dohna, dziedzica majątku Kotzenau (Chocianów).  W 1856 roku, w Pszczewie, zmarła jej matka Sophia z von Motz’ów, a w dziesięć lat po żonie do wieczności przeniósł się Rudolf pozostawiając dobra pszczewskie córce i zięciowi.

Po Sophii i Bernardzie Zu Dohna w majątku gospodarował ich syn, Rudolf (1845-1904) żonaty z Ruth von Dalewitz (1857-1939). Właśnie od  Ruth zaczyna się historia obiektu, który chciałabym omówić na początku, czyli willi, w której obecnie mieści się leśniczówka.

Budynek, w początku XX wieku, wybudował hrabia Wilhelm Zu Dohna  dla swojej matki Ruth z von Dalwitzów Zu Dohna. Powodem, dla którego owdowiała hrabina wolała przenieść się do willi nad jeziorem, były  podobno wieczne niesnaski z, pochodzącą z rodu Kalckreuthów, synową Ottonią.

Ottonia była córką Ottoni i Aleksandra, dziedziców Kurska (o którym w zeszłym roku pisałam) i w 1910 roku poślubiła porucznika Pułku Huzarów Wilhelma Zu Dohna. W rok po ślubie na świat przyszedł ich pierworodny syn Alexander a w 1914 roku urodził się jego młodszy brat Bernhard.

Żona Wilhelma była zapaloną amazonką, swej hippicznej pasji oddawała się bez reszty.  Trenowała całymi dniami i z sukcesami startowała w zawodach jeździeckich. Nie mogło to się podobać teściowej, która zapewne nie szczędziła synowej krytycznych uwag.

Wilhelm musiał mieć dość wiecznych utarczek między dwiema bliskimi mu kobietami, bo dla matki kazał (w pewnym oddaleniu od rezydencji) wybudować  wygodną willę. Myślę, że hrabina była z tej zamiany zadowolona. Mieszkała w willi aż do końca swoich dni, zmarła w 1939 roku.

Jednak przed śmiercią los  nie oszczędził jej tragedii, która być może skróciła dni starszej pani Zu Dohna.  W 1938 roku doszła do Pszczewa  wiadomość, iż Aleksander Zu Dohna zginął podczas walk powietrznych nad Hiszpanią. Dla babki i rodziców był to ogromny cios.

Aleksander Zu Dohna był najstarszym wnukiem pani Ruth i zapewne jej „oczkiem w głowie”. Prawdopodobnie była bardzo dumna, kiedy, po poparciu przez Niemcy  frankistów, Aleksander  wstąpił (jako pilot)  do utworzonego w 1936 roku Legionu  Condor. To, że jego jednostka odpowiedzialna jest m.in.  za zbombardowanie bezbronnej Guernicy, zapewne starszej pani nie przeszkadzało…

Po śmierci matki Wilhelm  Zu Dohna wydzierżawił willę magistratowi pszczewskiemu, który podczas II wojny umieścił  w niej pensjonariuszy domu starców. Sam Wilhelm podobno do nazistów nie należał, II wojnę spędził na froncie, podobnie jak młodszy syn Bernhard.

W pierwszych dniach 1945 roku, z pozostałych w Pszczewie mężczyzn mogących jeszcze utrzymać broń w ręku, Wilhelm Zu Dohna zorganizował oddział Volkssturmu, którym miał nadzieję powstrzymać nadchodzących Rosjan. Nadzieja okazała się płonną, zginął (podobno w walce) z ich rąk w styczniu 1945 roku.  Ottonia i jej młodszy syn Bernhard Zu Dohna, wojnę przeżyli.  W czerwcu 1944 roku Bernhard ożenił się z Verą von Tiedemann.

Wilhelm Zu Dohna nie był w Pszczewie  jedyną ofiarą czerwonoarmistów… Krążą opowieści o młodej pielęgniarce, która opiekowała się schorowanymi mieszkańcami willi nad jeziorem. Rosjanie brutalnie ją pobili, zgwałcili a potem zastrzeli… Podobno pochowano ją pod lipą, rosnącą przy parkanie leśniczówki…

Dawna willa Ruth Zu Dohna to budynek podpiwniczony, parterowy z użytkowym poddaszem, nakryty dachem naczółkowym z mansardową jednoosiową wystawką i facjatkami. Wejście główne umieszczono na osi elewacji bocznej.

Fasadę zdobi drewniana weranda, wejście główne znajduje się w elewacji bocznej. Umieszczone jest w płytkim, wgłębnym portyku flankowanym kolumienkami. Niestety większość domu zasłaniają mi gęste korony drzew. Dziś w dawnej willi Ruth zu Dohna mieści się siedziba leśnictwa  i mieszkania prywatne. Przed wejściem na posesję stoi sympatyczny drewniany leśniczy.

Nieopodal leśniczówki rozciąga się jezioro. Teraz jesienią miło jest spacerować jego opustoszałym brzegiem i przyglądać się wodnemu ptactwu. Między leśniczówką a dawnym dworem biskupów poznańskich znajduje się pusty plac. Tam do 1964 roku stał neogotycki kościół ewangelicki. Jego historia trwała niespełna sto lat, jako, że oddany został do użytku w 1865 roku. Został wzniesiony dla nowo osiedlających się w Pszczewie (wówczas noszącym miano Betsche) przybyszów niemieckich wyznania ewangelickiego.  Ówczesny właściciel włości baron Rudolf Hiller Gaetringen oddał na ten cel plac na przeciw dworu biskupiego, partycypując w budowie świątyni. Powstał zbór neogotycki z wysoką, czterdziestometrową wieżą. Służył ewangelicznej społeczności do 1945 roku. Po wyzwoleniu większość niemieckich osadników opuściła (niekoniecznie dobrowolnie) Pszczew, a opustoszała świątynia powoli chyliła się ku ruinie. W 1969 roku powzięto decyzję o jej rozebraniu.

Jak już wspomniałam odrestaurowany folwark Pszczew to magiczne miejsce. Ale kuszą też uliczki Pszczewa. Miło się zagłębić w te wąskie, nierzadko jeszcze brukowane korytarze. Zgubić się trudno, bo te biegnące „w dół” na pewno doprowadzą nas do jeziora. Zabudowane są przeważnie jednokondygnacyjną zabudową z początku ubiegłego wieku.  Szalenie klimatyczne są stare zabudowania gospodarcze, których tutaj zachowało się całkiem sporo.  Nie brakuje jednak też okazalszych budynków. Do nich należy choćby obecny dom kultury i przyległe doń kino „Przystań”.

W miejscowości zwraca uwagę duża ilość drewnianych rzeźb. To efekt prowadzonych w Pszczewie Plenerów Dużej Rzeźby. Spacer o Pszczewie to prawdziwa przyjemność. Za każdym swoim pobytem w tej miejscowości odkrywam coś nowego.Ale ciągle mam wrażenie, że jeszcze sporo zostało mi do odkrycia…

W drodze powrotnej zatrzymuje mnie widok wrzosowiska.Fioletowe podłoże kusi,  aby uzbierać jesienny bukiet…

3 uwagi do wpisu “Znowu w Pszczewie. Spacer po miasteczku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s