„Wesele” Smarzowskiego czyli ciężki orzech do zgryzienia

Od pewnego czasu różne obowiązki trzymały mnie „na krótkim łańcuchu” w domu. Ostatnio byłam już tak nimi zmęczona, że postanowiłam sobie zrobić krótkie wagary. Plan był prosty:  ulubione lody orzechowe i kino. Tymczasem serwująca ten przysmak „lodziarnia” w Cinema City okazała się zamkniętą i zamiast orzechów w lodach, dostałam ciężki orzech do zgryzienia w postaci „Wesela”   Wojciecha Smarzowskiego.   Wybór tego obrazu okazał się niezbyt trafioną decyzją.  Już w połowie filmu zaczęłam żałować, że nie poszłam na nowego „Bonda”, no ale stało się…

Nie lubię filmów o niczym, miałkich, powierzchownych, stricte rozrywkowych, ale już po pierwszych scenach uświadomiłam sobie, że tym razem z ciężarem gatunku, ostro przesadziłam.

Lokalny „król szynek”, właściciel ubojni zlokalizowanej gdzieś na ścianie wschodniej, Ryszard Wilk (bardzo dobra rola Roberta Więckiewicza) „z przytupem” wydaje córkę za mąż. Prowincjonalny potentat (mimo swych niedostatków w kulturze i wykształceniu)  zdaje się  być człowiekiem sukcesu. Takim, który „dużo może”, zna kogo trzeba, w kieszeni ma miejscową policję. Słowem ” dwa i pół gościa”… Smarzowski (który jest też autorem scenariusza) wyposażył go w obowiązkową furę i komórę na szczęście oszczędził przysłowiowych białych skarpetek…

Ryszard Wilk posiada żonę (z którą się nie liczy) oraz dzieci, których nie rozumie. Ma też zyskać zięcia, gwiazdkę czwartoligowej drużyny, Janka Sczuczyńskiego, a w niedługim czasie i wnuka.  Córkę kocha (po swojemu) robi więc wszystko aby wesele Kasi (Michalina Łabacz) stało się „wydarzeniem”, o którym w okolicy głośno będzie jeszcze przez długie lata.

Niestety Ryszard Wilk nie przewidział, że na ślubno-weselne przygotowania niespodziewanie nałożą mu się  (moim zdaniem zbyt rozliczne) problemy rodzinne, firmowe i finansowe.   Próbując  im sprostać, bohater wpędza się w kolejne. Na dodatek, tuż przed uroczystością zaślubin, chorujący na demencję ojciec Ryszarda, Antoni Wilk, zostaje powiadomiony, iż został uhonorowany tytułem „Sprawiedliwego wśród narodów świata” oraz dostaje list „zza grobu” od swej młodzieńczej miłości, Lei.

To zdarzenie uruchamia w filmie drugą ścieżkę czasu.  Na sceny z małomiasteczkowego wesela nakładają się sekwencje z czasów przedwojennych i okresu II wojny. Sam w sobie, ten artystyczny zabieg, byłby nawet ciekawy. Jednak „łopatologiczne” zestawienie  zachowań współczesnych weselników z projekcją obrazów podsuwanych przez pamięć  seniora Wilka,  wprost sugeruje, iż reżyser uważa, że polska mentalność przez osiemdziesiąt lat nie zmieniła się ani trochę…

Wiem, że osoby ksenofobiczne, antysemickie, rasistowskie i o przekonaniach narodowych w naszym społeczeństwie istnieją. Ale też nie podejrzewam, że któraś z nich zechce obejrzeć ten film. A jeśli trafi nań przypadkiem, to  nie ma takiej opcji by, z nawet najbardziej dobitnie głoszonych prawd, wyciągnęła prawidłowe wnioski. Beton pozostaje betonem i wbrew powiedzeniu, prawda go w oczy nie kole… Nachalność przekazu niczego tu nie załatwi. Słowem, adresat filmu jakby nie trafiony, bo ci, co „wiedzą”, to już i tak wiedzą, ci którzy do tej pory pojęcia nie mieli, nadal nie będą chcieli go mieć…

Uważam też, że reżyser powinien nieco bardziej zaufać inteligencji swoich widzów  pozostawiając im trochę wolnego miejsca na interpretację.   Wbijanie młotkiem (z ciężkim obuchem) do głowy rzadko odnosi trwały skutek. Mnie osobiście, ta natrętność i dosłowność przekazu raziła.

Zestawienia przedwojennego antysemityzmu, ze współczesną homofobią, pogromu Żydów, ze spaleniem baraku z ukraińskimi robotnikami, kibolskich kolegów pana młodego z nazistami, są, jak dla mnie, zbyt prostą paralelą, która odbiera filmowi finezję. Czasem szept jest bardziej przejmujący niż krzyk… Tutaj zabrakło mi półtonów.

Nieco lepiej (mim zdaniem) wypada druga ścieżka czasu, która poprowadzona jest w miarę spójnie (choć też nie wolna od łopatologii). Młody Antoni Wilk (Mateusz Więcławek) zakochuje się w miejscowej Żydówce, Lei (Agata Turkot). O związku jednak mowy być nie może, ortodoksyjna rodzina wydaje dziewczynę za Żyda. Kiedy wojska sowieckie zajmują wschodnie tereny, miejscowi Żydzi (w przeciwieństwie do katolików) cieszą się ich sympatią.

Sytuacja zmienia się w 1941 roku, kiedy do miasteczka wkraczają Niemcy.  Antysemicko nastawieni przez miejscowego księdza (co również nie dziwi, bo sam prymas A. Hlond był zagorzałym przeciwnikiem Żydów) Polacy korzystają z przyzwolenia nowego okupanta  zaczynają pogrom. Antoni Wilk też za innowiercami nie przepada (bez wahania wydał Niemcom Żyda-komunistę) ale pragnie ocalić Leę.

Historia miłości Lei i Antka przeplata się z migawkami obnażającymi blichtr i pustotę uczestników zabawy.  Samo wesele przebiega według ustalonych stereotypów. Pijaństwo, okazjonalny seks, obciachowe konkursy prowadzone przez wodzireja (wyrazisty Arkadiusz Jakubik), uroczyste mowy, załatwianie interesów…

Smarzowskiego jako reżysera cenię, obsada filmu jest doborowa, zdjęcia są bardzo dobre (Witold Sobociński), plenery wysmakowane (m.in Ostromecko i Nieszawa) a mimo to film ogląda się źle…

„Wesele” porusza zbyt wiele ciężkich problemów na raz.  Film, jak soczewka, skupia nie tylko polskie wady narodowe (co u tego reżysera jest normą i tego się spodziewałam) ale też z równą siłą próbuje rozliczyć się z niełatwą przeszłością. Zbyt wiele (zbędnych) wątków  powoduje, że przekaz staje się, nie tylko niejasny, ale i niestrawny. Na dodatek obawiam się, że niektóre z nich (np. drastyczna kara wymierzona szantażyście) na dłużej zapadną w pamięć młodego widza, niż widok zwęglonych ciał ludzi żywcem spalonych w stodole…

Nawiązanie do „Wesela” Wyspiańskiego poprzez wprowadzenie do akcji zjaw i duchów, też percepcji nie ułatwia.  Norwid, Dmowski, Piłsudski  są zbyt natarczywym przypomnieniem o tym, iż „historia lubi się powtarzać”. Znowu zabrakło wyczucia…

Na dodatek złego filmowym dialogom brakuje lekkości i autentyczności. Jak wszystko w tym filmie, tak i one, wydają się mało świeże. Brakuje zgrabnych bon motów (w typie „złote a skromne”), które weszłyby do codziennego języka.  Odnoszę wrażenie, że wszystko to, co reżyser przekazuje w swym najnowszym dziele, było już w „Róży”, „Wołyniu”, „Weselu I” … „Wesele II” to kolejna (tym razem niezbyt udana) próba ukazania polskiej mentalności „bez upiększeń”. Na potrzebę  obnażenia jej ubóstwa mogę się zgodzić, jednak zaprotestowałabym przeciwko generalizowaniu. Bo jeśli przyjąć, że uczestnicy wesela reprezentują polskie społeczeństwo (a nie, jak mam nadzieję, jego znikomą część) to  wynika, że w oczach twórcy, wszyscy  jednakowo mocno tkwimy w uprzedzeniach, a jasność widzenia przychodzi dopiero wraz z demencją… Ale wtedy dla kogo jest ten film?

Reasumując… Jestem zadowolona, że „Wesele II” obejrzałam,  bo  dzięki temu mogę o nim wyrobić sobie własne zdanie. Jednak równie (jak nie bardziej) mocno niezadowolona jestem z filmu jako dzieła, które mogłoby by być dobre, a nie jest.  Czy polecam? Zależy kto, czego, w kinie szuka…

6 uwag do wpisu “„Wesele” Smarzowskiego czyli ciężki orzech do zgryzienia

  1. Nie wiem, kiedy obejrzę. Bo jak już obejrzę Smarzowskiego, to mam dużo przemyśleń i film mi tkwi, natomiast często boję się zacząć. Nie widziałam „Wołynia”, a „Różę” (świetny film) obejrzałam, bo nikt mnie nie uprzedził, że jest brutalny. Jeśli chodzi o polską mentalność … Na chwilę byłam w Białymstoku. W ciągu jednego dnia tyle razy słyszałam w centrum miasta palenie gum, ile we Wrocławiu przez pół roku. I zastanawiałam się skąd ten styl żebraczo-radosny, ta histeria, te mięśnie, poczucie, że umpaumpa i komóra jest na topie. Wiem, że dla ludzi tam żyjących jest to ich norma, dopiero gdy wpada się z zewnątrz, wygląda to jak parodia. Rodzina reżysera pochodzi z Kresów, a on sam wychował się w podkarpackiem. Myślę, że jego filmy do obrazy outsidera, który czasem wraca do swoich stron i widzi, że dla tych ludzi nie ma rozwoju. Nie traktowałabym filmu, jako lekcji, która ma nauczyć. Gdyby takie Wilki dało się nauczyć, czy w naszym kraju rządziłby ten, kto rządzi?

    Polubienie

    • Faktem jest, że nadal istnieją duże różnice między mentalnością mieszkańców Polski zachodniej a wschodniej, a także ludnością dużych ośrodków i małych wiosek 😦 Ale nie uważam, że dla tych drugich „nie ma rozwoju” tylko, że ich „rozwój” idzie w złym kierunku bo mają wzorce takie, jakie mają 😦

      Polubienie

      • Wzorce to ważna rzecz i chętnie usprawiedliwiam dzieci oraz nastolatków, gdy głupio czynią bazując na złych przykładach. Ale w pewnych wieku jest się już za siebie odpowiedzialnym, a nigdy do tej pory w historii świata nie było tak łatwo sprawdzić, że są też inne wzorce. Jeden klik. Faktycznie Smarzowski rysuje to wszystko grubą kreską, ale on wyszedł z tej mentalności i ten temat (obłudy, chorego prymatu rodziny, parchatej tradycji przy flaszce, chciwości) z jakichś powodów jest dla niego ważny.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s