Pałac w Nowej Wsi i kościół św. Doroty w Strzałkowie

Jadąc służbowo do Słupcy w ogóle nie brałyśmy pod uwagę wizyty w Nowej Wsi. Miejscowość wydawała nam się położona zbyt „na uboczu” aby warto było do niej specjalnie jechać.  Jednak, kiedy w miarę szybko udało nam się pozałatwiać wszystkie sprawy, a piękna pogoda nie zachęcała do zbyt szybkiego powrotu do domu, zmieniłyśmy zdanie. Kusił nas  tamtejszy zespół dworski, o którym wiedziałyśmy w zasadzie tylko tyle, że jest.

Czytaj dalej

Industrialny Poznań

Wiosna, choć w tym roku dość chłodna, zachęca do spacerów. Ponieważ nie przepadam za włóczeniem się bez celu postanowiłam udać się nad Wartę, aby wreszcie, z bliska przyjrzeć  się  starym zabudowaniom gazowni i elektrowni. Te budynki zawsze mnie frapowały, ale do tej pory nigdy do nich nie dotarłam. Kwietniowy weekend wydawał mi się odpowiedni na ten cel… Czytaj dalej

Mieczownica, pałacyk Chrzanowskich herbu Nowina

Do Mieczownicy wybierałyśmy się kilkukrotnie i, choć nie raz byłyśmy w okolicy, ciągle coś stawało nam na przeszkodzie, aby do niej  dotrzeć. Tym razem, żeby uniknąć ewentualnych przykrych niespodzianek, postanowiłyśmy naszą służbową podróż zacząć właśnie od niej. Łączyło się to wprawdzie z dużo wcześniejszą pobudką, ale warto było…

Udokumentowana historia Mieczownicy sięga czasów średniowieczna, jednak osadnictwo na tym terenie było wcześniejsze. Ukształtowanie terenu, obfitość jezior i lasów stwarzały dogodne warunki do zakładania siedzib ludzkich.

W XV wiecznych dokumentach, jako dziedzic majątku, wymieniany jest Tomasz z Mieczownicy. Do kogo wieś należała przez kolejne dwieście lat, nie udało mi się dowiedzieć.

W 1721 roku, od wdowy po Bielickim, Marianny z Bagińskich, Mieczownicę kupił Władysław Konstanty Kąsinowski herbu Nałęcz. W małżeństwie z Joanną Salomeą z Lichnowskich doczekał się dwóch synów (Franciszka i Karola) oraz córki Marianny. Które z dzieci po rodzicach  objęło  majątek, trudno mi powiedzieć.

W końcu XVIII wieku Mieczownica należała do, piszącej się z „Chrzanowa”, rodziny Chrzanowskich herbu Nowina. W  listopadzie 1777 roku, właśnie w Mieczownicy, na świat przyszła Apolonia Estera Chrzanowska, późniejsza żona dziedzica Bieganowa, Nazarego Bronisza herbu Wieniawa.

Od drugiej połowy XVIII stulecia, aż do wybuchu II wojny światowej, Mieczownica pozostawała w rękach rodziny Chrzanowskich herbu Nowina.

Szesnastego kwietnia 1831 roku, w Mieczownicy, zmarł dziedzic, Rafał Chrzanowski. Był  żonaty z Anną z Pobóg Pągowskich i w tym związku urodziło się siedmiorga dzieci.  Po rodzicach, najprawdopodobniej, majątek objął najstarszy syn Leopold Wincenty Chrzanowski. Był dwukrotnie żonaty (z Emilią z Sęp Szarzyńskich herbu Junosza, i z  Teodorą Doruchowską herbu Niesobia), a z obu tych związków doczekał się licznego potomstwa.  Mieczownicę przekazał synowi z pierwszego małżeństwa Mieczysławowi Euzebiuszowi Chrzanowskiemu. Ten, jeszcze przed śmiercią ojca (1874) zdążył ożenić się ze Stefanią z Doliwów Zembrzuskich i spłodzić syna, Janusza Stanisława. Po pierworodnym, Stefania urodziła jeszcze cztery córki (Irenę, Helenę, Izabellę i Stefanię) oraz syna Hugona Rafała.

Janusz Stanisław Chrzanowski herbu Nowina, w ostatniej dekadzie stulecia ożenił się z młodziutką panną Marią Brzeską herbu Oksza. W 1899 roku urodził się ich pierworodny syn ale chłopiec nie dożył nawet trzeciego roku życia.

W następnym roku Maria  urodziła  kolejnego syna, którego ochrzczono imieniem Wojciech. Dożył lat dwudziestu… Wojciech Chrzanowski herbu Nowina zginął czternastego czerwca 1920 roku pod Starosielcami, najprawdopodobniej, podczas  oskrzydlania przez armię radziecką Białegostoku.

Po Wojciechu Maria urodziła jeszcze trzech synów  (Bolesława, Michała i Władysława), z których rodzinę zdążył założyć jedynie Władysław. On był ostatnim, przedwojennym właścicielem Mieczownicy. Ożenił się z Kazimierą Chmurą herbu Krzywda, z którą miał trzech synów.

Dwór w Mieczownicy to inwestycja Marii i Janusza Chrzanowskich, podobnie jak założona tam, w końcówce XIX wieku, stadnina koni arabskich. Prace Janusza nad założeniem stadniny zniweczył wybuch I wojny światowej, a po niej, trud  reaktywacji  podjął jego syn Władysław. Odbudował stado koni angloarabskiej, jednak i ono, w wyniku drugiej wojny światowej, zostało zniszczone. Prawdopodobnie większość klaczy została zarekwirowana przez polskie wojsko i zginęła podczas wojny obronnej. Dziś w Mieczownicy znowu jest stadnina, a dawna posiadłość Chrzanowskich, z powrotem przyciąga miłośników hippiki.Przechodzimy przez ceglaną bramę i podchodzimy do budynku dworu. Jest niezwykle urokliwy.Założony na planie wydłużonego prostokąta, podpiwniczony, w zasadzie jednokondygnacyjny z wystającym przed lico ściany zabudowanym gankiem na który prowadzą jednobiegowe schody.Ganek, w drugiej kondygnacji przechodzi w obwiedziony balustradą taras, nad którym wznosi się trzyosiowa wystawka zwieńczona balustradową attyką. W bryłę dworu wkomponowana jest trzykondygnacyjna wieża na planie kwadratu zwieńczona tarasem widokowym i belwederkiem. Ten człon dworu jest niezwykle bogato dekorowany. Narożniki wieży opinają zwielokrotnione pilastry dodatkowo ujęte w opaski. Partię parteru zdobi boniowanie oraz portal z półokrągłym naczółkiem. W drugiej kondygnacji okna zaakcentowane są trójkątnymi nadokiennikami, a wystający gzyms koronujący, podpierają dekoracyjne kroksztyny.Przy elewacji bocznej znajduje się parterowy aneks zwieńczony tarasem, nad którym znajduje się dwuokienna wystawka ujęta w łagodne spływy i zamknięta prostą belką attyki.W elewacji ogrodowej parterowy aneks niegdyś zapewne mieszczący salę balową z bocznym zejściem do parku.

Na, porastającym skarpę trawniku, widnieją ślady basenu fontanny, która niegdyś, swoim szmerem i chłodną mgiełką wody, umilała w upalne dni spacery po parku.

Wracamy przed front budynku i bliżej analizujemy architekturę. Zauważamy, iż, niezwykle bogaty detal, zaczerpnięty jest głównie ze sztuki klasycznej. Składają się nań boniowane narożniki, pilastry i pilastry zwielokrotnione, trójkątne i półkoliste nadokienniki, opaski wokół okien, naczółki, balustrady, gzymsy…  To sprawia, iż dwór, mimo swej jednokondygnacyjności, prezentuje się niezwykle okazale.

Ponieważ drzwi do budynku są otwarte, nieśmiało zaglądamy do środka. Widok przepięknej stolarki wewnątrz ganku na chwilę odbiera nam dech. Misterny słupek dzielący centralną szybę nadświetla zachwyca mnie swoją finezją.Nie mniejsze wrażenie robi główna sień z  bardzo starannie opracowanym detalem. Pilastry o korynckich głowicach i wyraźnie zaakcentowanych cokołach, zwielokrotnione gzymsy, dekorowane konsole i opaski wokół arkad z dekorowanym palmetą klińcem świadczą o reprezentacyjnym charakterze tego pomieszczenia.Dekoracja sztukateryjna ścian i sufitu zniewala swoim wdziękiem. Szczególnie podobają mi się arkady łuków wsparte na dekoracyjnych konsolkach, dzięki czemu otwarta przestrzeń między nimi nabiera nieco orientalnego charakteru.Na autentyczną wygląda też balustrada schodów.

Przy pałacu znajdują się zabudowania folwarku, częściowo zaadaptowane dla potrzeb stadniny oraz rozległy park krajobrazowy.

Mieczownica ma też swoją krwawą historię. To właśnie, na polach pod tą wsią, wojska rosyjskie dwukrotnie rozbiły oddziały powstańcze. Pierwsza bitwa odbyła się w marcu 1863 roku, druga w rok później.

W pierwszej, powstańcze oddziały dowodzone przez Antoniego Garczyńskiego i Kazimierza Mielęckiego starły się ze znacznie przewyższającymi je liczebnie siłami rosyjskich dragonów. Z powodu niesnasek (a może tylko braku porozumienia) pomiędzy dowódcami, walka zamieniła się w krwawą rzeź. Z prawie sześćset osobowego oddziału, w  skład którego wchodziło też sześćdziesięciu uczniów trzemeszeńskiego gimnazjum,  zginęło stu powstańców (w tym jedenastu gimnazjalistów). Prawie stuprocentowe straty poniósł oddział osłaniający odwrót pozostałych przy życiu powstańców. Ocalał z niego tylko jeden Powstaniec, uczeń gimnazjum w Trzemesznie, Klemens Wiśniewski.

Ówczesny dziedzic Mieczownicy, Leopold Wincenty Chrzanowski, w 1865 roku, przy zbiorowej mogile powstańców ufundował  we wsi pomnik, ku ich czci. W czasie II wojny światowej monument ten został przez Niemców zniszczony, odbudowano go po wojnie.

Druga  powstańcza potyczka miała miejsce nieco dalej od Mieczownicy, na polach między wsiami Ostrowite a Kąpielą. Doszło do niej 23 marca 1964 roku. Powstanie na ziemi konińskiej już wtedy dogorywało ale do walki włączyły się jeszcze trzy, świeżo sformowane za kordonem, oddziały. Niestety dwa z nich Rosjanie  rozbili niemalże od razu po przekroczeniu granicy. Trzeci, liczący stu kawalerzystów, pod dowództwem rotmistrza Franciszka Budziszewskiego przekroczył granicę prusko-rosyjską koło Szamarzewa i dotarł pod Kazimierz Biskupi. Miał się połączyć z siłami pułkownika Raczkowskiego.

Franciszek Budziszewski był doświadczonym dowódcą.  Jako żołnierz Legii Cudzoziemskiej walczył w Algierii,  początkowo więc, pod Ciążeniem, odniósł sukces. Szybko jednak przerodził się w porażkę, bo zaalarmowane pojawieniem się oddziału wojska rosyjskie stacjonujące w Pyzdrach i Słupcy, ruszyły do kontrataku. Do pierwszego starcia doszło pod Ratyniem, po którym szwadron Budziszewskiego zaczął się cofać w kierunku Goliny. Pod Tokarkami Powstańcy wpadli w okrążenie, z którego, dzięki odwadze i doświadczeniu dowódcy, udało im się przebić. Aby odpocząć po, ponad stukilometrowej jeździe, oddział przyczaił się między jeziorami w pobliżu Ostrowitego. Tam otoczyła ich rosyjska piechota. Siły wroga były niemalże dziewięciokrotnie większe, Budziszewski nie miał szans na zwycięstwo. W tej sytuacji podzielił szwadron na kilkunastoosobowe grupki, które przebijając się w różnych kierunkach miały próbować ujść Rosjanom. Część z nich rzeczywiście zdołała uciec. Rajd szwadronu Budziszewskiego był ostatnią walką powstańczą na tym terenie.

 

Kościół św. Michała Archanioła w Siedlcu i dwór w Godziszewie.

Do Siedlca, w powiecie wolsztyńskim, wybierałyśmy się już od dawna bo chciałyśmy zobaczyć stojący tam (zdaje się, że jedyny w Polsce) pomnik świni. Jednak do tej pory, choć parę razy tamtędy przejeżdżałyśmy, nigdy nie miałyśmy dość czasu, aby się we wsi zatrzymać. Teraz, gdy pojechałyśmy tam specjalnie, okazało się, że przybyłyśmy za późno…  Pomnika już nie ma… Świnia się po prostu się rozpadła (nie wiem czy ze starości, czy z powodu kompleksu, że na pomnik nie zasłużyła). Siła wyższa potwierdziła to, co podejrzewałam od dawna, czyli, że ze świnią (także w znaczeniu metaforycznym) mi kompletnie nie po drodze i powinnam się skupiać na ulubionych przeze mnie posągach osłów. Skoro odpadł główny powód naszej wizyty w Siedlcu, nie pozostało nam nic innego, jak rozejrzeć się po innych atrakcjach wsi. Czytaj dalej

Pogorzela. Kościół św. Michała Archanioła i pałac

Do Pogorzeli pojechałyśmy służbowo… Jednak, nawet w takich przypadkach, staramy się wygospodarować nieco czasu, aby „przy okazji” obejrzeć najważniejsze zabytki. Nie inaczej było tym razem.

Pogorzela, to obecnie niewielkie miasteczko, siedziba gminy miejsko-wiejskiej. Pierwsze pisemne wzmianki o Pogorzeli datowane są na wiek XV i wtedy miejscowość była własnością prywatną należącą do rodu Pogorzelskich herbu Wczele. Już wtedy Pogorzela miała status miasta, jako takie, podczas wojny trzynastoletniej, wystawiła czterech pieszych.  W owym czasie Pogorzelscy posiadali też w swym majątku zamek, a miejscowy kościół otrzymał od dziedziców obszerny ogród.

W XVI wieku, syn Wojciecha, Stanisław Pogorzelski oddał pogorzelską świątynię luteranom. W 1577 roku, w rodzinie pogorzelskiego pastora, urodził się chłopiec, któremu nadano biblijne imię „Samuel”.  Samuel Dambrowski, kiedy dorósł poszedł w ślady ojca. Został słynnym kaznodzieją luterańskim, przetłumaczył na język polski katechizm Marcina Lutra, a także napisał „Postyllę chrześcijańską” uważaną za najpopularniejszą księgę polskich ewangelików. Pierwsze wydanie tego dzieła (któremu patronowała królewna Anna Wazówna) było niezwykle ozdobnie ilustrowane drzeworytami.

W rękach luteranów pogorzelska świątynia pozostawała do początku XVII stulecia. Wtedy też, Pogorzela została podzielona na dwie części, które dzierżyli spokrewnieni ze sobą Andrzej i Maciej Pogorzelscy. Każdy z nich, w swej części, posiadał osobny dwór. W rękach Pogorzelskich, majątek pozostawał do połowy XVII stulecia, kiedy to jego części odziedziczyły trzy siostry Pogorzelskie, Krystyna, Maria i Urszula. Krystyna została żoną Seweryna Bielickiego herbu Pobobóg, Maria wyszła za Jana Radzewskiego herbu Łodzia a Urszula poślubiła dziedzica Pępowa, Melchiora Konarzewskiego herbu Wręby.

Część Pogorzeli należąca do Urszuli i Melchiora, dostała się ich synowi, Adamowi Konarzewskiemu. Do końca tego stulecia, pomiędzy potomkami panien Pogorzelskich, trwały przeróżne transakcje, które okresowo zmieniały „układ sił” pomiędzy spadkobiercami. Część dóbr zakupił  też Stanisław Olewiński herbu Ostoja

Dopiero w połowie XVIII wieku sytuacja  Pogorzeli zaczęła się klarować. Właścicielem jednej części został Roch Nepomucen Zbijewski herbu Rola, żonaty z wdową po  Olewińskim, Marianną Teresą z Grudzińskich herbu Grzymała. Drugą część dzierżyła spadkobierczyni Tomasza Olewińskiego, Cecylia Zielonacka herbu Leszczyc. Od niej, kupił ją Mikołaj Taczanowski herbu Jastrzębiec. Z czasem potomkowie Taczanowskich skupili w swych rękach całość majątku.

W XIX wieku, od Teofili ze Zbijewskich i Bolesława Taczanowskich, Pogorzelę nabył hrabia von Arco, który następnie sprzedał majątek Robertowi Bohrmanowi. W drugiej połowie tego stulecia, Pogorzelę z powrotem nabyli Taczanowscy herbu Jastrzębiec i to oni mieli wznieść stojący w majątku pałac… Jednak pod koniec stulecia, pogorzelskie dobra ponownie znalazły się w niemieckich rękach Eduarda Tillgnera, który w 1907 roku odsprzedał je niemieckiej Komisji Kolonizacyjnej. Od niej, w 1910 roku, miał kupić majątek książę Wilhelm zu Stolberg – Wernigerode. Podobno zarządzał swymi dobrami do 1921 roku, po czym odsprzedał Pogorzelę  hrabiemu Stefanowi Tyszkiewicz Łohojskiemu herbu Leliwa.  Istnieje też  taka wersja, że wtedy dobra pogorzelskie, zakupiła matka narzeczonej  Stefana, Jadwiga z Czetwertyńskich Tyszkiewiczowa i wraz z córką przekazała zięciowi.

W tym samym, 1921 roku, hrabia Stefan poślubił swą krewniaczkę, Joannę Zofię Tyszkiewicz Łohojską. Joanna (1898-1995) swą młodość spędziła na Litwie w rodzinnym Zatroczu, które wraz z rodzicami opuściła po wybuchu I wojny światowej. Lata wojenne rodzina spędziła za granicą (najpierw w Petersburgu gdzie zmarł ojciec hrabianki Joanny, a następnie w Finlandii i Szwecji). Panie Tyszkiewicz Łohojskie do Polski powróciły w 1919 roku i zamieszkały w Warszawie, gdzie też odbył się ślub Joanny i Stefana.  Z nabytego (do końca nie wiadomo za czyje pieniądze) majątku w Pogorzeli młoda para uczyniła gniazdo rodzinne. W Pogorzeli przyszły na świat cztery  córki Joanny i Stefana: Dorota, Joanna, Jadwiga i Krystyna. Tyszkiewiczowie Łohojscy byli ostatnimi, przedwojennymi właścicielami Pogorzeli.

W 1926 roku, u hrabiostwa Stefanostwa Tyszkiewiczów w Pogorzeli gościł Wojciech Kossak malując portret „Stefanostwa Tyszkiewiczów na polowaniu”. Malarz, w latach międzywojennych, uczynił ze swego talentu  intratny interes, objeżdżając wielkopolskie dwory (był m.in. u Kwileckich w Dobrojewie, Skarżyńskiego w Tarcach, Bieganowie Grabskiego, Edwardostwa Mycielskich) gdzie na miejscu, korzystając z gościny ziemian, malował ich portrety „przy koniach”. Obraz do dziś jest w posiadaniu potomków rodziny Tyszkiewiczów.

Rozglądamy się po miasteczku. Jest bardzo schludne i zadbane. Na rynku króluje ratusz, zabudowa pierzei głównie jednokondygnacyjna. Uwagę przyciąga późnobarokowy kościół pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Według lokalnej tradycji, pierwszy pogorzelski, jeszcze drewniany kościół powstał w połowie XIV wieku z fundacji Przecława Pogorzelskiego. Drugi, już murowany, także z fundacji Pogorzelskich miał stanąć w 2 połowie XV wieku. To właśnie tę świątynię w 1565 roku, Stanisław Pogorzelski miał oddać swoim braciom w wierze, luteranom. Przebudowana przez niego świątynia (odzyskana przez katolików) doszczętnie spłonęła w wielkim pożarze, jaki nawiedził miasteczko w 1774  roku.

W roku 1778, ówczesny właściciel Pogorzeli, kasztelan kaliski, Roch Zbijewski herbu Rola zainicjował budowę nowej świątyni, którą ukończono w 1785 roku. Kościół ten stoi do dziś.

Kościół jest budowlą orientowaną, trzynawową, halową, wzniesioną na planie krzyża łacińskiego, którego ramię tworzy transept. Prezbiterium zamknięte jest absydialnie. W fasadzie zachodniej  umieszczona jest dwukondygnacyjna wieża nakryta hełmem z latarnią. Ku mojemu zdziwieniu, świątynia jest otwarta, korzystam więc z tego i wchodzę do środka.

Czteroprzęsłowa nawa główna jest znacznie szersza od naw bocznych, w zasadzie zredukowanych do rzędu kaplic. Otwierają się one na nawę główną rzędem arkad wspartych na, opiętych pilastrami, filarach. Sklepienie nawy głównej (a także transeptu i przedsionków) jest żaglaste.

Warto zwrócić uwagę na wyposażenie kościoła. Architektoniczny ołtarz główny zawiera obraz z wizerunkiem patrona świątyni, Michała Archanioła. W ścianę prezbiterium (po lewej stronie) wmurowana jest XVI wieczna płyta nagrobna Jadwigi z Kąkolewa Pogorzelskiej.

W kaplicy północnej umieszczony jest ołtarz, ze słynącym cudami, obrazem Matki Bożej Pogorzelskiej oraz ołtarz Krzyża Świętego.

Z tym obrazem związana jest urocza legenda. Podobnie, w czasach gdy pogorzelski kościół opanowali luteranie, obraz trafił do małego kościółka w Głuchowie. Po odzyskaniu przez katolików pogorzelskiej świątyni, ku wielkiemu zmartwieniu miejscowych wiernych, zabrano obraz z Głuchowa i przewieziono do Pogorzeli. Zabrany „siłą” obraz jednak w cudowny sposób, przy wtórze anielskiego pienia i w łunach zorzy, powrócił w swe dawne miejsce. Nie pomogły kolejne próby „zagrabienia”, wizerunek Matki Boskiej ciągle powracał do Głuchowa. Dopiero gdy głuchowscy parafianie sami, w uroczystej procesji, odnieśli Madonnę do Pogorzeli, peregrynacje obrazu ustały.

Kaplica południowa poświęcona jest Aniołowi Stróżowi i św. Walentemu.

Wśród wyposażenia znajduje się także ciekawa, drewniana chrzcielnica, ambona oraz empora muzyczna z prospektem organowym.

Z kościoła udajemy się do pałacu. Budynek położony jest w ogólnodostępnym parku,  sam gmach otacza ogrodzenie jednak boczna furtka jest otwarta.

Budynek (aczkolwiek bardzo zniszczony) jest niezwykle harmonijny. Wzniesiony na planie wydłużonego prostokąta, podpiwniczony i dwukondygnacyjny, nakryty płaskim dachem. Skrajne osie fasady zaakcentowane są wydatnymi ryzalitami zwieńczonymi  attyką. Na osi głównej umieszczono niewielki portyk kolumnowy, w drugiej kondygnacji przechodzący w balkon. Portyk poprzedzony jest wachlarzowymi schodami jednobiegowymi.

W obu krótszych, bocznych elewacjach znajdują się ganki poprzedzone tarasami.

Od strony fasady owe ganki zaopatrzone są w ogromne okna zamknięte łukiem wycinkowym.

Oś elewacji ogrodowej zdobi, umieszczone w płytkim, zwieńczonym trójkątnym naczółkiem ryzalicie, wysokie arkadowe okno. Zachowały się w nim jeszcze kolorowe, witrażowe szybki, ułożone w dekoracyjny ornament.

W pałacowym budynku przez lata mieściła się szkoła, obecnie chyba czeka go (bardzo potrzebny) remont.

Świąteczne życzenia

Przed  nami Święta.  To już kolejne, które przyjdzie spędzić w atmosferze podszytej niepokojem. Wojna za sąsiednią granicą, szalejąca inflacja, skłócone społeczeństwo, rosnące ceny… To wszystko nie napawa optymizmem. Czego więc świątecznie życzyć w trudnym czasie?

Zgodnie z formułą bloga (i własnymi przekonaniami) ośmielam się, „na przekór” faktom i prognozom, życzyć swoim czytelnikom pogody ducha, nieopodatkowanego (jeszcze) uśmiechu, życzliwości, umiejętności cieszenia się tym co mamy  i nie przejmowania się tym, czego mieć nie będziemy.  Niech te świąteczne dni upłyną Wam w radosnej atmosferze rodzinnych i przyjacielskich spotkań, dadzą okazję do snucia miłych wspomnień i jeszcze milszych planów. Życzę słonecznej aury podczas wypadów w plener i, rozwijającej się równie pięknie jak zieleń po deszczu, nadziei. Molom książkowym życzę ciekawych lektur, a maniakom kina, interesujących filmów. Zmęczonym, wypoczynku, wypoczętym okazji do aktywności.  Koneserom i smakoszom  suto zastawionych stołów a Wszystkim Wesołych Świąt!

Zimnawoda. Pałac Mycielskich, dzieło S. Hebanowskiego

Od dawna obejrzenie pałacu w Zimnowodzie, na mojej prywatnej liście „must see”  plasowało się bardzo wysoko. Jednak,  dopiero teraz, mogłam je „odptaszkować” jako zrealizowane . Osiągnięcie celu było możliwe wyłącznie dzięki najlepszej z Szefowych, która cierpliwie znosi moje kolejne ” ja chcę” i, także tym razem, wydłużyła nieco („nieco” jest zawsze mocno umowne) służbową trasę. Odczułam wówczas pewne wyrzuty sumienia z powodu swego egoistycznego podejścia, które jednak szybko uspokoił  fakt, iż widok pałacu w Zimnowodzie dostarczył Kaśce tyleż samo radości, co mnie. Czytaj dalej

Zalesie. Pałac Stablewskich

Tym razem, odwiedzając służbowo ziemię gostyńską, mogłam wybrać tylko jeden obiekt, który chcę tam zobaczyć.  Mimo, iż usiłowałam wytargować coś więcej, Szefcia była nieubłagana. „Nie przyjechałyśmy tu na tygodniowe wczasy, a do pracy” przypomniała mi smutną prawdę. Przywołana w ten sposób do porządku, pochyliłam się nad mapą. Wybór był trudny, bo powiat gostyński, który na dodatek odwiedzamy rzadko, obfituje w ciekawe zabytki. W końcu zdecydowałam, że pojedziemy do Zalesia…

Czytaj dalej