Rijksmuseum i muzeum Vincenta Van Gogha

Być w Amsterdamie i nie odwiedzić Rijksmuseum? To, moim zdaniem, niemożliwe. Rijksmuseum jest dla Amsterdamu tym, czym, Luwr dla Paryża,  Ermitaż dla Sankt Petersburga, Prado dla Madrytu… I choć w Holandii istnieje ponad czterysta muzeów (co, w przeliczeniu na metr kwadratowy stawia niewielką Holandię w europejskiej czołówce pod względem ilości tego typu obiektów), to  Rijksmuseum jest wśród nich perłą w koronie. Nawet jeśli ktoś nie przepada za galeriami malarstwa, to warto tam wejść, bo w muzealnych zbiorach znajduje się również rzeźba, rzemiosło artystyczne, broń a i obejrzenie samego gmachu warte jest, stosunkowo wysokiej, ceny biletów.Gmach zbudowano w 1885 roku, specjalnie dla, przeniesionych z Hagi, zbiorów Narodowej Galerii Sztuki. Projekt budynku wykonał Pierre Cuypers, holenderski architekt, specjalizujący się w architekturze sakralnej. Może dlatego budynek w swej bryle ma coś ze świątyni?

Jeśli chodzi o styl budowli, to dla mnie, wyraźnie ciąży on w kierunku renesansu choć, w ściętych hełmach  wież flankujących fasadę od strony placu muzealnego, można dopatrzyć się podobieństwa do czeskiego gotyku. Gmach wzniesiono na planie wydłużonego  prostokąta, z dwoma poprzecznymi skrzydłami (czy czterema ryzalitami) flankującymi osie skrajne obu dłuższych elewacji. W fasadzie oś centralną wyznacza potężny (siedmioosiowy) ryzalit zawierający w swej parterowej partii, trójdzielny arkadowy ganek, który w trzeciej kondygnacji przechodzi w taras. Gmach nakryty jest dachami dwuspadowymi (korpus) i czterospadowymi (skrzydła).

Spacerując po Amsterdamie , w centrum miasta natkniemy się na podobny do Rijksmuseum budynek. To centralny dworzec kolejowy  Nie należy się dziwić podobieństwu obu gmachów, gdyż  Amsterdam Centraal, to nieco młodszy (1889) „brat” Rijksa, zaprojektowany przez Pierre’a Cuypersa.

Do Rijksmuseum wchodzi się przez trójdzielną, kolebkowo sklepioną, arkadową galerię. Podobno, w czasie II wojny, przez otwór w jej sklepieniu wyniesiono największy skarb muzeum, obraz „Kompania Fransa Banninga Cocqa i Willema van Ruytenburgha” lepiej znany jako „Straż nocna”.  Zwinięte w rulon dzieło właśnie w ten sposób opuściło, obserwowane już przez Niemców, muzeum i wyjechało na zachód kraju. Kiedy i tam nie było bezpieczne, ukryto je w górskiej jaskini niedaleko Maastricht. Do Amsterdamu powróciło w 1945 roku.Po przejściu przez bramki i okazaniu biletu należy zostawić większe pakunki w szatni. Szczególnie czepiają się noszonych na plecach plecaków, ale wystarczy założyć je „na przód” by było w porządku. Nie ma natomiast żadnych przeszkód w robieniu zdjęć (byle bez flesza). Gmach jest bardzo dobrze rozplanowany, oba skrzydła, na wszystkich poziomach, łączą się po środku. Na wszelki wypadek, można w hallu głównym, można pobrać bezpłatne mapki, które ułatwią zwiedzanie.

Poziom zerowy to wejścia, szatnie, toalety, sklep i kawiarnia oraz czasowe wystawy i sztuka XII-XV wieku . Na następnym rozlokowane są dzieła XVIII i XIX wieczne, natomiast na drugim pietrze rezyduje, creme de la creme, kolekcja holenderskiej sztuki XVII wieku, czyli zbiory z okresu złotego wieku kultury niderlandzkiej. Najwyższy poziom zajmują dzieła sztuki XX stulecia.

Zwiedzanie zaczynamy od najbardziej spektakularnego pierwszego piętra. Już, przyozdobione witrażami,  foyer przed galerią honorową robi kolosalne wrażenie.Z niego, można udać się w trzech kierunkach: na prawo, lewo lub na wprost. Zależy, czy ktoś lubi zaczynać ciastko od lukru, czy też woli najlepsze zostawiać na koniec.

Ja wybrałam tę drugą opcję i ruszyłam w lewo.  Tam eksponowane jest głównie malarstwo. Wśród wielu przepięknych obrazów holenderskich mistrzów moją uwagę przykuwa dzieło głuchoniemego Hendricka Avercampa. To, namalowany w 1608 roku „Pejzaż zimowy z łyżwiarzami”.Nietypowa, jak na Holendra, jasna kolorystyka, świetna perspektywa, zindywidualizowane sylwetki łyżwiarzy mają w sobie zarówno coś z Boscha, jak i z impresjonistów.

Tu może warto wspomnieć o specyfice XVII wiecznego malarstwa holenderskiego. W owym czasie, w zasadzie jedynym mecenasem (i odbiorcą) malarstwa, było bogate mieszczaństwo. Nie było  mecenasa państwowego  ani kościelnego więc zapotrzebowanie na malarstwo religijne, mitologiczne czy historyczne było marginalne. Mieszczanie natomiast chcieli otaczać się taką sztuką, jaką rozumieli, stąd tematyka obrazów oscylowała głównie wokół scen rodzajowych, portretów i martwych natur. I te tematy holenderscy malarze (pracujący głównie na zamówienie) doprowadzili do perfekcji. Ich dzieła bardzo wiele mówią o życiu ówczesnych mieszkańców Rotterdamu, Delft czy Amsterdamu.

Nacieszywszy oczy obrazami przechodzę na prawą stronę, gdzie zgromadzono głównie XVII wieczne rzemiosło. Oprócz pięknych, intarsjowanych mebli,  znajdziemy tam też słynne „delfty”  i sprzęty użytku domowego. Jest model żaglowca, sporo bibelotów, ale największe zainteresowanie budzi wybitnie holenderska specjalność, czyli miniaturowe domki mieszczańskie.

Wysokie do dwóch metrów  modele domów, ukazują urządzone z pietyzmem wnętrza wszystkich pomieszczeń. Owe domki nie miały nic wspólnego z domkami dla lalek, najmłodszym nie wolno się było nawet do nich zbliżyć.Urządzanie owych domków było pasją bogatych żon kupców i żeglarzy, które w ten sposób zagospodarowywały sobie czas, jaki ich mężowie spędzali w podróży. Należy też zaznaczyć, iż budowa i wyposażenie takie domku, kosztowały niemal tyle samo, co prawdziwy mieszkalny dom nad amsterdamskim kanałem.

Warto też zajrzeć do muzealnej biblioteki, która podobno jest największą publiczną o specjalizacji badań nad sztuką. Największa, czy nie na pewno jedna z piękniejszych.

Wreszcie przychodzi czas na galerię środkową, w której wiszą największe skarby Rijksmuseum. Jest kilka Vermeerów z których mnie najbardziej podoba się „Czytająca list” znany również jako „Kobieta w błękitnej sukni”. Wśród największych mistrzów holenderskich nie może też zabraknąć malarzy martwych natur. Poniżej dzieło Willema Claesza Hedy z 1638 roku.Claesz z maestrią oddaje fakturę malowanych przedmiotów. Patrząc na jego dzieła, niemal czujemy pod palcami mięsistą gładkość jedwabnego obrusa, chłód cynowych naczyń, teksturę pieczywa, chropowatość muszli ostryg.

Ozdobą kolekcji są dzieła Rembrandta. W muzeum znajdują się słynne portrety zbiorowe, wśród których najsłynniejsza jest monumentalna „Straż nocna czyli wymarsz strzelców”. Reprezentowane są też portrety indywidualne jak „Marten  Soolmans”czy podwójne, jak „Żydowska oblubienica”.Kiedy ogląda się dzieła sztuki tej klasy, traci się poczucie  czasu, jednak ten, nieubłaganie nie tyle upływa, co  pędzi. Nasza grupa ma już wychodzić, bo w planie jest zwiedzanie szlifierni diamentów. Bez namysłu rezygnuję z tej atrakcji, aby móc jeszcze kolejne półtorej godziny spędzić w Rijksmuseum. Zdaję sobie sprawę z tego, że „wszystkiego” i tak nie zobaczę, ale chcę choć rzucić okiem na  zbiory średniowieczne, malarstwo renesansowe i galerię sztuki przełomu XIX i XX stulecia.

Od nagromadzonych dzieł można dostać zawrotu głowy. Jest i „Pokłon trzech króli” Jacoba van Oostsanen z przełomu XV/XVI stulecia i jego „Salome z głową Jana Chrzciciela”.

Sporo włoskiej i francuskiej sztuki sakralnej.Piękne madonny, rzeźbione i malowane.Na galerię XIX wieczną zostaje mi niewiele czasu. Prawie przez nią przebiegam, rejestrując jedynie gigantyczną „Bitwę pod Waterloo” Willema Pienemana oraz kilka pięknych, klasycystycznych i secesyjnych drobiazgów. Na chwilę przystaję przy „La Corniche near Monaco” obrazie Claude Moneta z 1884 roku.Rzut oka na zegarek uświadamia mi, że na, mieszczącą się na trzecim piętrze, galerię sztuki współczesnej nie wystarczy mi już czasu. Muszę szybko opuścić muzeum, zwłaszcza że za moment czeka mnie kolejne, nie mniej ważne, muzeum Vincenta van Gogha.

„Między muzealnie” udaje mi się jedynie napić kawy w jednym z licznych w dzielnicy muzealnej sezonowych lokalików.   Podawana jest, na cześć Van Gogha, w klimatycznym, żółtym kubku.

Muzeum Van Gogha to zupełnie inny dizajn i sposób ekspozycji. Jest nowoczesne i przestronne, a obrazy mistrza Vincenta prezentowane są na kilku poziomach. Uzupełnieniem kolekcji dzieł van Gogha jest szeroki kontekst w postaci zdjęć, osobistych drobiazgów oraz płócien współcześnie z nim żyjących mistrzów. Między innymi można odnaleźć tam dzieła Paula Gauguina i Paula Signaca.Muzeum posiada dużą kolekcję autoportretów artysty, pejzaże a także jedną z wersji słynnych „Słoneczników” namalowaną w Arles w 1889 roku.Tu może mała dygresja. Van Gogh olejami zaczął malować stosunkowo późno. Pierwsze jego takie dzieła powstały w 1881 roku. Zważywszy że zmarł w 1890 roku, to pozostawił po sobie imponująca kolekcję. Znakiem rozpoznawczym zaawansowanej twórczości Van Gogha są żywe, czyste barwy, gruba faktura i niespokojna, falująca linia prowadzenia pędzla. W muzeum jednak można zobaczyć  także pierwsze jego dzieła, które cechuje bardzo ciemny, niemal „ziemisty” koloryt, w tym powszechnie znane „Buty” (1886). Tematyka obrazów van Gogha nie jest przypadkowa. Artysta, od kiedy „na poważnie” zajął się malarstwem,  był w kiepskiej kondycji finansowej i nie stać go było na wynajmowanie modeli. Malował więc głównie to, co go otaczało.

Stosunkowo mało jest znana jego fascynacja sztuką Japonii. Artysta zetknął się z nią już w 1885 roku a główne dzieła nią inspirowane powstały w dwa lata później. W amsterdamskim muzeum znajduje się trzy z nich: „Kurtyzana”, „Kwitnąca śliwa” i „Most w deszczu”.

Nie sposób wymienić wszystkich, znajdujących się w muzeum, obrazów. Są tam wszystkie „sztandarowe” dzieła van Gogha: „Łodzie”,  „Żniwiarz”,  „Most w Arles”…

Osobiście bardzo lubię jego „Irysy” z 1889 roku, w których też można dopatrzyć się wpływów sztuki japońskiej.

Nieodmiennie też robi na mnie wrażenie, po raz pierwszy widziana w oryginale, „Pieta”.Pełen ekspresji obraz jest wyjątkowym, w oeuvre artysty, jako że Van Gogh tematyką religijną się nie interesował. Namalował go pod wpływem „Piety” E. Delacroix’a, w 1889 roku czyli już pod koniec swego życia. Przejmująca, bezradna rozpacz matki nad bezwładnym ciałem syna wyrażona rozłożonych ramion, jest chyba wyrazem osobistych odczuć artysty, jego cierpienia spowodowanego brakiem zrozumienia. W tym geście zawarte są zarówno wołanie o pomoc jak i rezygnacja oraz poddanie się losowi.  Pieta to jedno z dzieł mistrza. namalowane w 1889 roku, podczas leczenia w szpitalu psychiatrycznym.

W maju 1890 roku Vincent na własną prośbę opuścił szpital i wyjechał do Paryża a następnie do Auvers- sur Oise, gdzie dokonał samobójczego postrzału, w wyniku którego zmarł 29 lipca 1890 roku. Ostatnim dziełem Vincenta, namalowanym przed samą śmiercią są „Trzy korzenie”.

Na koniec wizyty w muzeum jeszcze obowiązkowa sesja zdjęciowa na tle powiększonych „Słoneczników”.Po potężnej dawce obcowania ze statyczną sztuką, pora zanurzyć się w wir życia miasta.

Na palcu Dam, gdzie znajduje się pałac królewski (dawny ratusz), z okazji „Dnia Pamięci” zgromadziły się tłumy.Ponieważ w obchodach bierze udział rodzina królewska, plac otoczony jest policją i nie sposób dostać się do kościoła zwanego „nowym”  (Nieuve Kerk). Nazwa ta jest ogólnie przyjęta, choć świątynia liczy sobie już sześćset lat i oficjalnie nosi wezwanie św. Marii i Katarzyny. W tym kościele odbywają się królewskie śluby oraz zaprzysiężenia kolejnych władców HolandiiSkoro jest kościół „nowy” musi być i stary.

Odnajduję go na Wallen, lepiej znanym jako „dzielnica czerwonych latarni”.Oude Kerk (taką niderlandzką nazwę nosi świątynia) wzniesiono w XIII wieku, a w 1306 roku uroczyście konsekrował go biskup Utrechtu. Swój dzisiejszy wygląd świątynia zawdzięcza XVI stuleciu, w którym ostatecznie zakończono jego budowę.

Do ostatniej ćwierci XVI wieku Oude Kerk był kościołem katolickim, później protestanckim. Uczęszczał do niego Rembrandt van Rijn, tutaj zostało ochrzczone jego potomstwo i pochowana, zmarła na gruźlicę żona Saskia. Niestety, kościół był zamknięty.Przed świątynią stoi kontrowersyjny pomnik „Belle”, z 2007 roku. Jak przystało na specyfikę dzielnicy, honoruje on wszystkie pracowniczki i pracowników wykonujących najstarszy zawód świata.Po takiej dawce wrażeń, pora na skorzystanie z atrakcji, jakie oferuje Amsterdam dla ciała, czyli posiłek oczywiście popijany „Amstelem”. Po kolacji czas na relaks i deser w postaci, ogólnie dostępnych w Holandii, specyficznych ciasteczek…Potem, aż do późnego wieczoru,  kolejny spacer po mieście.Mimo, iż w Amsterdamie relatywnie spędziłam dość dużo czasu, mam niedosyt tego miasta. Może jeszcze kiedyś uda mi się do niego wrócić…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s