Lubbenau i Hornov czyli odwiedzam Spreewald

Nie planowałam wycieczki do Spreewaldu, bo spędzenie całego dnia na  pływaniu po kanałach i jedzeniu ogórków, nie wydawało mi się specjalnie atrakcyjnym zajęciem, no ale dałam się namówić… Wycieczka była z tych, tak zwanych „zorganizowanych”, co niby powinno sprawić, iż atrakcyjny (w założeniu) program będzie sprawnie zrealizowany.  Zawodowy przewodnik natomiast (także „w założeniu”) będzie miał stosowną wiedzę na temat mijanych obiektów i podzieli się nią w sposób zajmujący.  Przynajmniej tego właśnie się spodziewałam, wyszło, jak wyszło…

Wyjazd nastąpił punktualnie. Pani przewodnik, po powitaniu stwierdziła, iż wszystko opowie później „bo pora wczesna i na pewno będą chcieli państwo podrzemać”.  Uaktywniła się dopiero  po przekroczeniu granicy polsko-niemieckiej . Opowiedziała o, w sumie mało ekscytującej, historii ogórka, z uprawy którego Spreewald słynie. Okrasiła ów wykład wspomnieniem (dobrego skądinąd) filmu „Good Bye Lenin” i zagadką w postaci rozpoznania autora wiersza „Dlaczego ogórek nie śpiewa”… Poziom niewysoki ale może uznała, że ludzie na wycieczki jadą po to, aby posiadaną wiedzę jedynie utrwalić, bez potrzeby jej rozszerzania…  Słów padło wiele, ale zawartych w nich treści za dużo nie było. W zasadzie powtórzyła to, co zawarte jest w każdej ulotce reklamującej region, dodała legendę o koronie króla wężów, natomiast przez historię Dolnych i Górnych Łużyc zgrabnie się prześlizgnęła. Płynnie i bezpośrednio przeszła od Słowian do Enerdówka…

Jeszcze myślałam, że może się rozkręci (podobno nie należy się zrażać pierwszym wrażeniem) ale dalej było tylko gorzej… Pomijając jej, dość niefrasobliwy, stosunek do zaspakajania  wiedzy wycieczkowiczów, to niestety, organizacja w jej wykonaniu też mocno szwankowała…

O Spreewaldzie i jego specyficznych atrakcjach  szczegółowo pisać nie zamierzam. Dla zainteresowanych mogę podać, iż sam rejs po kanałach, aczkolwiek niekłopotliwy, to jest dość monotonny, bo krajobraz mało urozmaicony. Ale przyroda rzeczywiście bujna a, przyozdobione sylwetkami wężów, drewniane domy, mają swój urok.  Słynne ogórki okazały się mocno przereklamowane (w przetworzonych była głównie sól) i raczej takich nie zaproponowałabym swoim gościom. Chleb ze smalcem, przy trzydziestostopniowym upale, też nie był najlepszym pomysłem… Zainteresowani folklorem i kulturą Dolnych Łużyczan, dzięki leniwemu tempu rejsu, mogą  do woli napatrzyć się na, typowe dla tego regionu, budownictwo drewniane. Na wyspie Lehde jest też muzeum ogórka (okazuje się, że wszystko może mieć swoje muzeum) czynne są jakieś punkty z pamiątkami (nie dotarłam) i średniej klasy bary. Oferta skierowana jest „pod turystę, który raczej już tu nie wróci”, co oznacza, że starać się za bardzo nie trzeba.  Ponieważ wyspa stanowi główny punkt wszystkich tutejszych wodnych szlaków, a zarazem jest oazą gastronomii, mimo skromnej oferty, panuje na niej tłok, jak w brandowym sklepie, w pierwszym dniu poświątecznej wyprzedaży.  Aby choćby wypić  na Lehde piwo, trzeba postać w długiej kolejce…

Traktowałam tę przejażdżkę jako „dodatek” nastawiając się głównie na zwiedzenie Lubbenau. Tymczasem, w samym mieście byliśmy o wiele za krótko, co również wynikało ze złej organizacji. Dawania najpierw dwudziestu minut wolnego na  parkingu, kolejnych dwudziestu w porcie, a  potem jeszcze dziesięciu bo ” ktoś tam, coś tam…” uważam za duży błąd. Wszyscy niezainteresowani muszą czekać na te osoby, które  akurat muszą do toalety, potem na te, które muszą kupić magnesy, następnie na te, które czują potrzebę zjedzenia loda, napicia się itp… A wystarczyłoby dać wszystkim godzinę na rynku, gdzie każdą z tych potrzeb (oraz parę innych) można bez trudu zaspokoić.

Rozglądam się jedynie po najbliższej okolicy. Widzę obiecującą wieżę kościelną oraz ładną, zadbaną uliczkę prowadzącą do rynku. No trudno, to musi poczekać…

Nazwa „Lubenaw” oznaczająca dzisiejsze Lubbenau, po raz pierwszy w źródłach pisanych pojawia się już na początku XIV wieku. Miejscowość dzieliła losy regionu przechodząc z rąk Marchii Wschodniej i Łużyckiej pod władanie Wettynów, Askańczyków i Wittelsbachów. W XIV wieku tereny znalazły się w granicach Korony Czeskiej, a w połowie XVI stulecia, zawładnęli nimi Habsburgowie. Ciekawostką może być fakt, iż w owym czasie przeważająca liczba mieszkańców przeszła na protestantyzm i mimo kontrreformacji, pozostała przy tej religii do dziś.

W pierwszej połowie XVII wieku Dolne (a także Górne) Łużyce włączono do Saksonii. Od 1815 roku stały się one częścią pruskiej prowincji Brandenburgii, do której należą do dnia dzisiejszego.

Po powrocie z  rejsu, Pani Przewodniczka ogarnia grupę i prowadzi w kierunku założenia pałacowego. To rodowa rezydencja, wywodzącej się z włoskiej szlachty, rodziny zu Lynar.

W XVI wieku, Rochus Quirinus hrabia zu Lynar, pracował w służbie francuskiej jako główny nadzorca budowy twierdz.  W czasach wojen religijnych, jako hugenota, zmuszony był uciekać z Francji. Najpierw osiadł w  Saksonii, skąd przeniósł się do Brandenburgii.  Majątek w Lubbenau, w 1621 roku, kupiła jego owdowiała synowa, Eliza z Distelmaierów hrabina zu Lynar. Od tego czasu, do 1944 roku, Lubbenau pozostawało w rękach rodziny zu Lynar.

Według wielu źródeł, wcześniej istniejącą rezydencję, rozbudował czy wręcz odbudował, Rochus Friedrich zu Lynar, dyplomata w służbie duńskiej, żonaty z księżniczką Sophie Marie Reuss von Kostritz. Tu jednak zaczyna się pewien problem, gdyż  Rochus von Lynar żył w latach 1708-1781, a pałac w swej obecnej formie, datowany jest na pierwszą połowę XIX wieku, czyli ewidentnie nie można Rochusowi  Friedrichowi przypisać  czegoś, co powstało w pół wieku po jego śmierci… Skłaniałabym się ku wersji, iż fundację obecnie stojącego budynku raczej należałby wiązać z którymś z potomków  Sophie i Rochusa. Może był nim, Hermann Rochus (1707-1878, wnuk Augusty zu Puckler i Christiana zu Lynarów żonaty z Matyldą von Voss?

Następnie dobra objął ich najstarszy syn, Hermann Maximilian (1825-1914), po którym Lubbenau przeszło na syna Friedricha. Ostatnimi przedwojennymi właścicielami  Lubbenau, byli Ilse i Wilhelm Friedrich zu Lynar (1899-1944).  Hrabia Wilhelm, w czasie drugiej wojny światowej, był adiutantem feldmarszałka Erwina von Witzlebena. Jako arystokrata nie popierał nazizmu i przypuszczam, że w duchu bezgranicznie pogardzał wywodzącym się z plebsu, fuhrerem oraz, rekrutującymi się z nizin społecznych, członkami NSDAP, funkcjonariuszami Gestapo i SA.

Wilhelm zu Lynar związał się z  antynazistowską opozycją i miał swój czynny udział w spisku Clausa  Schenka von Stauffenberga. Po nieudanym zamachu na życie Hitlera, hrabia Wilhelm został aresztowany i skazany. Wyrok, śmierć przez powieszenie, wykonano 29 września 1944 roku w więzieniu w Plotzensee. Zaangażowanie hrabiego Wilhelma w działalność ruchu oporu spowodowało także represje wobec reszty rodziny.  Wdowę wraz z czwórką młodszych dzieci wyrzucono wówczas z pałacu w Lubbenau. Friedrich i Rochus von Lynar, najstarsi synowie Ilse i Wilhelma, służący w tym czasie w Wermachcie,  jako synowie zdrajcy zostali zdegradowani i skierowani do zadań, z których w zasadzie nie było szansy powrotu.

Jednak większość rodziny przetrwała trudne dla Niemców, powojenne lata a najmłodsze pokolenie (choć już wtedy nie takie młode), w 1992 roku, odzyskało rodową posiadłość.  W przywróconym do dawnej świetności pałacu powstał hotel.

Przyglądam się budynkowi. Jest on podpiwniczony, trzykondygnacyjny i nakryty dachem czterospadowym z oknem powiekowym i lukarnami.  Fasadzie, surowy „zamkowy” ton nadają dwie, kwadratowe, pięciokondygnacyjne wieże. Ich narożniki (do trzeciej kondygnacji) są opilastrowane. Ozdobnie potraktowano najwyższą partię wież umieszczając w niej arkadowe okna, ozdobny gzyms naśladujący krenelaż oraz okrągłe wieżyczki-sterczyny w narożnikach. Obie wieże nakryte są dachami czterospadowymi. Sympatyczniej prezentuje się  elewacja ogrodowa składająca się z dwóch, pod kątem zestawionych ze sobą, skrzydeł. Wąski korpus zawiera wgłębny portyk filarowy przechodzący w dwukondygnacyjną loggię. Pomiędzy drugą, a trzecią kondygnacją, umieszczono, podtrzymywany przez heraldyczne lwy, okazały, czteropolowy herb zu Lynarów. W polach tarczy zawarte są wijące się pionowo węże oraz blankowane wieże. W klejnocie korona rangowa.

Partia parteru jest boniowana, wyższe pokrywa gładki tynk. Okna pierwszego piętra dodatkowo podkreślono wycinkami gzymsu wspartego na konsolkach. Budynkowi głównemu towarzyszą oficyny i oranżeria a także budynki gospodarcze. Przy wejściu na teren założenia pałacowego od strony miasta, ustawiony jest pomnik Rochusa zu Lynara (1525-1596), uważanego za protoplastę lubbenauskiej gałęzi rodziny zu Lynar.

Niestety, nie mogłam zbyt długo kontemplować szczegółów, bo moja grupa przemieściła się już w kierunku jedynego (chyba) czynnego sklepu aby nabyć jakieś artykuły spożywcze. Dogoniłam ją dopiero przy miejskiej fontannie, którą zdobią postacie z miejscowych legend.

Bardziej niż wodotrysk, interesuje mnie stojący obok, kościół św. Mikołaja. To budynek wzniesiony w pierwszej połowie XVIII wieku, jako świątynia protestancka. Zaprojektował go   Gotrfryd Findeisen i  uważany jest za jeden z najcenniejszych barokowych zabytków sakralnych Brandenburgii, o czym Pani Przewodnik jakoś zapomniała napomknąć.

Świątynia jest jednonawowa, w fasadę wbudowaną ma sześciokondygnacyjną wieżę, nakrytą ciekawym hełmem ze smukłą latarnią.

Wnętrze kościoła jest przepiękne i doskonale nadaje się na ilustrację powiedzenia, że „mniej, znaczy więcej”. Klarowna,  jednolita przestrzeń nieprzeładowana zbędnymi szczegółami, zachwyca dwukondygnacyjnymi emporami, przepięknie rozwiązanym prezbiterium oraz urodą wyposażenia, subtelnie zdobionego  rokokowym detalem.

Świątynia związana jest z protestancką rodziną zu Lynar, na której  (jako właścicielach dóbr) spoczywał obowiązek dbania o kościół.  W zamian za ponoszone nakłady, mieli przywilej  pochówku w świątyni.

Na ścianach umieszczone są nagrobki i epitafia, a w cieniu pod emporami, kryją się sarkofagi  kolejnych dziedziców Lubbenau.

Jest też zbiorowe epitafium tych mieszkańców Lubbenau, którzy  w „Wielkiej Wojnie” oddali życie za ojczyznę.

Kościół może się też poszczycić wspaniałymi barokowymi organami. Chętnie jeszcze bym się podelektowała detalami ale, choć myślałam że  teraz dostaniemy choć z godzinkę czasu wolnego, okazało się, iż już opuszczamy Lubbenau.  Rzucając tęskne spojrzenie w głąb rynku  czuję się, jakbym polizała szybę, za którą stoją moje ulubione lody… Ot, uroki wycieczek.

Z Lubbenau jedziemy do Hornov, gdzie część wycieczki ma uczestniczyć w warsztatach przeprowadzanych w manufakturze czekolady „Felicitas”. I wszystko byłoby w porządku, gdyby Pani Przewodniczka, choć słowem wspomniała o historii miejscowości oraz jej  zabytkach.  Niestety, jako alternatywne spędzenie czasu wskazała działający przy manufakturze specjalistyczny sklep z czekoladą, kawiarnię (też z czekoladą) oraz plac zabaw dla dzieci i mini ZOO. Tymczasem, manufaktura czekolady jest atrakcją typowo komercyjną, nie mająca nic wspólnego  z tym, co we wsi naprawdę jest warte obejrzenia, czyli XIII wiecznym, ewangelickim  kościołem św. Marcina,  założeniem pałacowym i niewielkim cmentarzykiem z czasów II wojny, na których leżą nieznani żołnierze radzieccy.  Fakt, iż miejsce spoczynku poległych (których miejscowi nie mieli żadnego powodu „polubić”) nadal pozostaje zachowane z pełnym poszanowaniem majestatu śmierci, godny jest podkreślenia.

Do kościoła niestety nie udało mi się dotrzeć, położony jest w dość sporej odległości od parkingu ale obejrzenia pałacyku nie mogłam sobie darować. Po dobrej kawie i kiepskim „Sacherze” w manufakturowej kawiarni ruszyłam „Drogą Czekoladową”, prowadzącą przez dość zaniedbany park krajobrazowy,  do pałacu.

Na przestrzeni wieków, właściciele dóbr Hornov zmieniali się dość często. W czternastym wieku jego właścicielem był Nickel von Gersdorff.  W pierwszej połowie XVI wieku wieś należała do rodziny Zabeltitz posiadającej swe rodowe dobra w okolicach Miśni. W kolejnym stuleciu majątek przeszedł na własność Adolfa von Pannewitz, by pod koniec XVII wieku, znaleźć się w rękach  Georga Henninga von Oertzena i jego ówczesnej, trzeciej już żony, Heleny von Lowe. Po śmierci Georga (zmarł w 1715 roku i został pochowany w Hornov), włości objął jego syn z czwartego małżeństwa (z Christine von Bomsdorff), Adam Sigismund von Oertzen (1708-1781).

Kolejnym właścicielem majątku został  Carl august von Oertzen, który utrzymał go przez przeszło pół wieku, bo do 1845 roku. W połowie XIX stulecia Hornov, na krótko, znalazło się w posiadaniu hrabiów von Puckler, by od 1864 roku, trafić w ręce rodziny Wilkins, której członkowie dzierżyli wieś do 1945 roku.

W latach 1868-1883 majątek należał do Karla Rudolfa Wilkinsa, następnie przeszedł na własność jego (urodzonego w Hornov) syna Erwina (1868-1940). Erwin Wilkins ukończył studia prawnicze, a po uzyskaniu doktoratu wstąpił do służby państwowej i sprawował funkcję starosty  Sprembergu. W czasie II wojny, właścicielką pałacu była wdowa po Erwinie.

Stojący we wsi pałacyk został wzniesiony w 1864 roku z inicjatywy i funduszy Wilkinsów.  Swój obecny kształt zawdzięcza przebudowie przeprowadzonej w 1904 roku przez Erwina Wilkinsa. Budynek zbudowany na planie nieco rozciągniętej litery „H” posiada wysokie podpiwniczenie oraz mezzanin. Osie skrajne półtora kondygnacyjnego korpusu (mezzanin) akcentują, znacznie wysunięte przed lico, dwuosiowe ryzality zwieńczone trójkątnymi frontonami.  Na osi centralnej umieszczono zabudowany ganek, w którym zawarto wejście główne do budynku. W drugiej kondygnacji ganek przechodzi w taras. Oś dodatkowo zaakcentowana jest trójkątnym szczytem. To najozdobniej potraktowana część fasady. Ściany ganku zdobią dwie pary korynckich pilastrów natomiast archiwolta portalu spięta jest klińcem. We wnętrzu ganku umieszczono dwie nisze, w których ustawiono figury lwów. W partii parteru, pomiędzy ryzalitami umieszczone są przeszklone galerie.

Jeszcze piękniejsza jest elewacja ogrodowa.Tu także korpus flankowany jest przez dwa wydatne ryzality, pomiędzy którymi umieszczone są wieloboczne aneksy oraz trzybiegowe schody otaczające półokrągły balkon. Z tarasu rozlega się wspaniały widok na otaczający pałac park krajobrazowy ze wspaniałym starodrzewem.  Jedna z krótszych elewacji bocznych zawiera wspaniałe arkadowe okno, wypełnione witrażem. Pierwotnie pałac posiadał jeszcze wieloboczną wieżę usytuowaną przy jednej z krótszych kondygnacji. Budynek chyba częściowo pełni funkcje kulturalne przy drzwiach ustawiony jest stojak z ulotkami informującymi o koncertach i imprezach.

Zachowały się także (częściowo przebudowane) zabudowania gospodarcze, które są wykorzystywane do dziś.

 

 

 

3 uwagi do wpisu “Lubbenau i Hornov czyli odwiedzam Spreewald

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s