Lubbenau i Hornov czyli odwiedzam Spreewald

Nie planowałam wycieczki do Spreewaldu, bo spędzenie całego dnia na  pływaniu po kanałach i jedzeniu ogórków, nie wydawało mi się specjalnie atrakcyjnym zajęciem, no ale dałam się namówić… Wycieczka była z tych, tak zwanych „zorganizowanych”, co niby powinno sprawić, iż atrakcyjny (w założeniu) program będzie sprawnie zrealizowany.  Zawodowy przewodnik natomiast (także „w założeniu”) będzie miał stosowną wiedzę na temat mijanych obiektów i podzieli się nią w sposób zajmujący.  Przynajmniej tego właśnie się spodziewałam, wyszło, jak wyszło…

Czytaj dalej

Kruśliwiec. Pałacyk rodziny Otto.

Inowrocław, służbowo odwiedzamy co najmniej kilka razy w roku. Przy okazji każdego z takich wyjazdów staramy się  zobaczyć jeszcze coś ciekawego w okolicy. Tym razem postanowiłyśmy podjechać do Kruśliwca. Wiedziałyśmy, że we wsi istnieje budynek  dawnego dworu. Kruśliwiec to niewielka miejscowość , która liczy sobie nieco ponad stu mieszkańców, więc interesujący nas obiekt znalazłyśmy bez trudu. Czytaj dalej

Sława. Jej historia i atrakcje

Tego dnia nie planowałyśmy wizyty w Sławie… Jednak znalazłyśmy się  na tyle blisko tego miasteczka (co przy cenach benzyny oscylującą wokół ośmiu peelenów nie bez znaczenia), że uznałyśmy, iż warto do niego podjechać. To była dobra decyzja… Miasto jest pełne atrakcji, legend a także tajemnic  z czasów ostatniej wojny. W tutejszym pałacu mieściło się tajne archiwum Ahnenerbe, stowarzyszenia założonego przez, zafascynowanego okultyzmem i korzeniami ludu niemieckiego, Heinricha  Himmlera. Tutejsze jezioro miało służyć jako akwen dla U-botów i być miejscem szkolenia nazistowskich nurków, których chciano wykorzystać jako żywe torpedy.  W oknie sławskiego kościoła przybite są podkowy, na Nowym Rynku, w mgiełce rozpylanej wody rezyduje legendarna Wisława, a chodnik wmontowane są gwiazdy.  Wystarczająco dużo powodów, aby Sławę odwiedzić…

Czytaj dalej

Ojerzyce. Pałac Eugena Guido von Schmeling’a i kościół św. Jana Chrzciciela

Wizytę w maleńkiej wsi lubuskiej Ojerzyce, zawsze odkładałyśmy „na później”. Choć miałyśmy ochotę zobaczyć znajdujący się tam neorenesansowy pałacyk, to wiedząc, iż  mieści się w nim hotel i restauracja, sądziłyśmy, że obiekt zawsze będzie dostępny. Niestety, po przyjeździe okazało się że zwlekałyśmy zbyt długo. Założenie dworskie zostało sprzedane i zamknięte.  Szczęściem w nieszczęściu jest to, że teren założenia ogrodzony jest płotem ze sztachetami więc można zobaczyć przynajmniej dworską fasadę… Czytaj dalej

Rijksmuseum i muzeum Vincenta Van Gogha

Być w Amsterdamie i nie odwiedzić Rijksmuseum? To, moim zdaniem, niemożliwe. Rijksmuseum jest dla Amsterdamu tym, czym, Luwr dla Paryża,  Ermitaż dla Sankt Petersburga, Prado dla Madrytu… I choć w Holandii istnieje ponad czterysta muzeów (co, w przeliczeniu na metr kwadratowy stawia niewielką Holandię w europejskiej czołówce pod względem ilości tego typu obiektów), to  Rijksmuseum jest wśród nich perłą w koronie. Nawet jeśli ktoś nie przepada za galeriami malarstwa, to warto tam wejść, bo w muzealnych zbiorach znajduje się również rzeźba, rzemiosło artystyczne, broń a i obejrzenie samego gmachu warte jest, stosunkowo wysokiej, ceny biletów. Czytaj dalej

Amsterdam

„Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam” śpiewał Jacques Brel sławiąc blaski i cienie miasta. Nie mam jego talentu, ale chciałabym dziś opowiedzieć o swoich wrażeniach z tej  konstytucyjnej stolicy Królestwa Niderlandów. Amsterdam mnie zachwycił ie tylko swoją architekturą i położeniem ale także mieszanką kultur i swobodną atmosferą. Czytaj dalej

Rotterdam, Delft, Haga czyli: jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Holandii

Podczas tego wyjazdu nastawianie budzika na piątą rano staje się normą. Po wczesnym śniadaniu opuszczamy Brukselę i udajemy się do Rotterdamu. Niestety, miasto wita nas chmurami, co nie jest optymistyczne, jako że przyjechaliśmy tu specjalnie po to, aby podziwiać panoramę z Euromastu. Podobno przy dobrej pogodzie  można z niego dostrzec Hagę.

Niestety przydział słońca na ten dzień chyba wyczerpaliśmy, bo widoczność taka sobie. Przejazd przez miasto nie dostarcza większych wrażeń, gdyż historyczna substancja Rotterdamu uległa niemal całkowitemu zniszczeniu podczas dywanowego nalotu Luftwaffe w 1940 roku. Ku mojemu rozczarowaniu, nie podjedziemy  pod, poświęcony temu wydarzeniu, ekspresyjny pomnik Ossipa Zadkine „Rozdarte miasto”.

Zatrzymujemy się na nadbrzeżu, niemal przy samym punkcie widokowym. Liczy on sobie 186 metrów wysokości, obecnie można wjechać setny metr, gdzie znajduje się restauracja i taras widokowy.Widoczność średnia, ale mimo to można się zorientować w rozległości rotterdamskiego portu i miasta.

Po nacieszeniu się atrakcją zjeżamy na dół, w barku zamawiamy kawę, która okazuje się bardzo dobra i bardzo droga, bo płacić można tylko kartą, a paragon, po przewalutowaniu, może przyprawić o lekki ból głowy… No nic, mówi się trudno, podróże kształcą a nauka kosztuje… Z niepokojem patrzymy w niebo (byleby tylko nie lało) i ruszamy do miasta Jana Vermeera, Delft.

Delft, to zupełnie inne klimaty, niż gwarna i tłumna Bruksela, czy rozległy Rotterdam. Miasteczko spokojne jak woda, w przecinających je kanałach. Nie ma grup turystycznych, a miejscowi nie spiesząc się, rowerami przemierzają uliczki. Miasto należy do najstarszych w Holandii, bo jego lokacja odbyła się już w 1075 roku. Zostało wytyczone wokół prostokątnego rynku, który do dziś pełni rolę centralnego placu miasta. W połowie XIII wieku w Delft powstał murowany kościół (teraz zwany Oude kerk – starym kościołem) W  końcu XIV stulecia rozpoczęto budowę „nowego” kościoła, którą ukończono sto lat później.

XVI stulecie nie było dla Delft pomyślne, W 1526 roku nawiedził je pożar, który zniszczył wiele domów. Kolejny wybuchł 5 maja 1536 roku, kiedy to, od uderzenia pioruna zapaliła się wieża nowego kościoła, a silny wiatr przeniósł ogień na domy po zachodniej stronie miasta.

W 1584 roku doszło w Delfcie do zabójstwa księcia Wilhelma I Orańskiego zwanego „Milczkiem”… Kim był ów u nas kompletnie nieznany a  czczony w holenderskim hymnie bohater?

Może należałoby zacząć od tego iż w owym czasie Niderlandy były religijnie podzielone. Południowe prowincje opowiadały się przy katolicyzmie, reprezentowanym przez sprawujących wówczas władzę Habsburgów hiszpańskich. Północne natomiast, kojarząc tę religię z uciskiem Habsburgów, patologią administracyjną i stosami, na których palono protestantów, trwały przy kalwinizmie.

Wilhelm I Orański, hrabia Nassau i książę Oranii był kalwinistą. Jako taki stanął na czele powstania antyhabsburskiego, i co za tym idzie, także antykatolickiego. Rezydował w Delft gdzie posiadał swój pałac, a  otoczone wodą i murami miasto stawiało skuteczny opór szturmującym siłom hiszpańskim. Jako zdeklarowany kalwinista, Wilhelm  był  „solą w oku”  ówczesnego władcy Niderlandów, Filipa II Habsburga, który  za zabicie Wilhelma gotów był zapłacić 25 tysięcy koron.  Chętnego do wykonania „morderstwa na zlecenie” król szybko  znalazł w osobie fanatycznego katolika Balthasara Gerarda. Ten, sprytnie udając nienawiść do katolików, wkręcił się w szeregi służby Wilhelma I, który musiał zapewne mu na tyle ufać, iż zabrał go do Delft na  swój dwór. 10 lipca 1584 roku Gerard spotkał księcia na pałacowych schodach i wystrzelił do niego trzykrotnie. Książę nie przeżył ataku, a Balthasara Gerarda straż dworska natychmiast pojmała, poddała torturom, a w trzy dni później morderca został stracony przez poćwiartowanie.

Przez walkę z hiszpańskim najeźdźcą i trwanie przy bliskich północnym prowincjom wartościom, Wilhelm I Orański uważany jest w Holandii (która powstała głównie z północnych prowincji) za bohatera narodowego. Książę Orański został uroczyście pochowany w „nowym” kościele w Delft, które od tego czasu stało się miejscem pochówku władców Holandii.

Nota bene, określenie „pomarańczowy”, który jest  narodowym kolorem Holandii, i  nazwa „oranżyści” wzięły swój początek, nie od owoców pomarańczy, a właśnie od dynastii orańskiej.

Od końca XVI wieku Delft stało się ośrodkiem produkcji fajansu, który zastąpił importowaną ze wschodu, i trudną (ze względu na swą kruchość) w transporcie, porcelanę.  Po 1585 roku, w mieście osiedliło się sporo flamandzkich garncarzy przybyłych do Delft po zdobyciu przez Hiszpanów Antwerpii. To ich umiejętności pozwoliły podjąć udane próby naśladownictwa wschodniej ceramiki z charakterystycznymi niebieskimi wzorami na białym tle.

W delftyjskim  muzeum można zobaczyć bogatą kolekcję miejscowej ceramiki w tym oryginalne, wysokie wazony przeznaczone specjalnie do tulipanów. Błękitno-białe wyroby z Delft, produkowane do dziś, są znane i cenione na całym świecie.Z miastem Delft, przez całe swoje życie, związany był malarz Jan Vermeer , autor takich arcydzieł jak „Mleczarka”, „Koronczarka”, „List miłosny” i „Dziewczyna z Perłą”. Niestety, jego rodzinne miasto nie osiada ani jednego obrazu jego autorstwa.  W całej Holandii, z trzydziestu czterech płócien, co do których nie ma wątpliwości, że wyszły spod pędzla mistrza z Delft, jest ich tylko siedem. Cztery z nich są własnością Rijksmuseum, trzy znajdują się w Mauritiusie w Hadze.

Hans Vermeer zmarł w 1675 roku, w Delft, i został pochowany w „starym” kościele.Docieram do niego, ale niestety świątynia okazuje się zamknięta. Jak już wspomniałam, kościół został wzniesiony w połowie XIII wieku i został oddany pod opiekę św. Bartłomiejowi. W połowie XIV wieku, do świątyni dobudowano potężną wieżę.Spaceruję, często biegnącymi wzdłuż kanałów, uliczkami miasteczka i zachwycam się ich urodą. Żałuję, iż na zwiedzanie Delft, przeznaczono tak mało czasu. Nie wystarczy go, ani na odwiedzenie dawnego dworu Wilhelma Orańskiego, ani na wizytę w muzeum fajansu, ani na dokładne zwiedzenie „nowego” kościoła.Niestety, czas biegnie nieubłaganie, zostaje mi go jakieś dwadzieścia minut, zawracam więc z powrotem ku rynkowi, na którym wyznaczono nam miejsce „zbiórki” . Ratusz, zamykający rynek od północy powstawał etapami. Jego najstarszą część wzniesiono już w wieku XIII, potem rozbudowywano. Gmachu nie oszczędziły kataklizmy nawiedzające miasto, i choć bez większego uszczerbku przetrwał pożar w 1536 roku, to bardzo poważnie ucierpiał w pożodze 1618 roku. Jego odbudową, w latach 1618-1620, kierował Hendrick de Keyser. Prawdopodobnie wtedy budynek zyskał renesansowo-manierystyczna fasadę.

Dwie pozostałe pierzeje rynku otaczają niewysokie kamieniczki z charakterystycznymi, wysokimi szczytami.

Z Delft jedziemy do Hagi. W administracyjnej stolicy kraju najpierw oglądamy Pałac Pokoju czyli (m.in.) siedzibę Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.

Ten piękny, neorenesansowy gmach został wzniesiony w latach 1907-1913, i od początku, służył międzynarodowym konferencjom pokojowym. Co ciekawe, zwyczaj rozstrzygania kwestii spornych nie siłowo, a przy stole, zapoczątkował car Rosji Mikołaj II Romanow, który do Hagi zaprosił przedstawicieli 26 państw.  Budowę pałacu sfinansował magnat przemysłu stalowego, Andrew Carnegie, zaś projekt budynku pochodzi z pracowni Louisa Cordonniera. Jako budulec posłużyły cegła i piaskowiec.

Przy pałacu znajduje się „Płomień Pokoju” symboliczny znicz, który otaczają kamienie przywiezione z krajów, które popierają pokój na świecie. Co ciekawe, nadal leży tam też kamień z Rosji…

Obok znicza optymistyczna kolorowa ławeczka, na której przeczekuję, aż wszyscy uwiecznią się na tle pałacu i znicza.Kolejnym punktem zwiedzania Hagi jest Binnenhof, którego początki sięgają XIII wieku. Początkowo był, położonym nad brzegiem jeziora, gotyckim zamkiem, hrabiowską rezydencją.

W 1584 roku, mieszcząca się w kompleksie „sala rycerska”, stała się siedzibą Stanów Generalnych, parlamentu Zjednoczonych Siedmiu Prowincji.Dwie izby Stanów Generalnych Królestwa Niderlandów obradują w nim do dzisiaj.To równocześnie najstarsza część tego sporego kompleksu.Poza murami zamkowymi, w pierwszej połowie XVII wieku, zbudowano uroczy pałacyk „Mauritshuis”. Budynek, w stylu nawiązującym do wzorców Palladia, został wzniesiony dla Mauritza von Nassau-Siegen, holenderskiego gubernatora Brazylii. Jako ciekawostkę mogę podać, iż podczas brazylijskiej kampanii wojennej, książę Nassau ściśle współpracował z naszym rodakiem, płk. Krzysztofem Arciszewskim herbu Prawdzic, którego sylwetkę przybliżyłam w jednym ze swych postów o Śmiglu.

Obecnie w pałacyku mieści się muzeum, w którym na stałe rezyduje vermeerowska „Dziewczyna z perłą”.

Z Binnenhofu, spacerem udajemy się na zasłużoną kolację. Przechodzimy przez elegancki pasaż handlowy, w którym zaopatruje się także rodzina królewska.Sklepy oznaczone koroną, to oficjalni dostawcy towarów na królewski dwór. Posiłek spożywamy w jednym z licznie ulokowanych na nadbrzeżu lokali gastronomicznych. W menu zupa cebulowa, obowiązkowa ryba w towarzystwie kultowych frytek i deser przypominający rozpuszczone lody waniliowe. Potem już tylko spacer brzegiem morza północnego i wyjazd do hotelu. Będziemy w nim grubo po 22… a jutro znowu budzik na piątą rano. Naprawdę trudno zaliczyć ten wyjazd do wypoczynkowych, co nie znaczy, iż nie jest udany.