Bojanowo. Willa Willego Junkego, browar i kościół

W Bojanowie zatrzymałyśmy się w zasadzie tylko dlatego, że było „po drodze”  i po właściwej stronie nowej „eski”, którą jechałyśmy.

Mgliście kojarzyłam, że „coś tam” jest, ale zupełnie nie mogłam sobie przypomnieć co, a smartfona zapomniałam. Ruszyłyśmy więc w miasteczko nieco na żywioł i bez planu. Jednak bezbłędnie trafiłyśmy na dwa (a w zasadzie trzy) interesujące obiekty. Pierwszym była  willa Franza Junkego. Jest to okazały piętrowy budynek z ryzalitem w fasadzie. Prowadzą doń dwa wejścia, jedno umieszczone w fasadzie, drugie w elewacji bocznej. Budynek jest wysoko podpiwniczony, dwukondygnacyjny  i nakryty dachem mansardowym z lukarnami, kryjącym użytkowe poddasze. W fasadzie na osi umieszczono trzykondygnacyjny ryzalit, który w parterze mieści ganek o ciekawym sześciokątnym otworze wejściowym. W  nad gankiem, w pierwszej kondygnacji  trójdzielne okno zamknięte arkadą. W drugiej kondygnacji ryzalit przechodzi w taras ograniczony  pełną balustradą. Ryzalit zwieńczony jest trójkątnie. Między fasadą a elewacją boczną umieszczono półokrągłą trzykondygnacyjną wieżyczkę nakrytą wielopołaciowym hełmem z dachówki. Wejście w elewacji bocznej poprzedzone jest jednobiegowymi schodami i niewielkim gankiem, który osłania daszek, podtrzymywanym przez dwie kolumny.

Willa, a raczej jak na warunki Bojanowa, miejski pałac stoi w parku – ogrodzie, który graniczy z terenem browaru. Nic w tym dziwnego, zważywszy, że Franz Junke w początkach XX wieku był właścicielem owego zakładu. Odziedziczył go po ojcu Paulu, który gdzieś w połowie lat 80 tych  XIX wieku kupił zakład piwowarski od jego założyciela, Heinricha Heckiego. Paul Junke warzył piwo na lokalne rynki. jednak należyty rozmach. produkcja osiągnęła dopiero za czasów Franza Junkiego. On to zmodernizował browar, elektryfikując linie produkcyjne i wprowadzając nowe maszyny. Po  śmierci  Paula zakłady odziedziczyła żona, Ida Junke, która zarząd nad produkcją powierzyła Jerzemu Stampe.

W 1938 roku czwórka poznańskich restauratorów ( Maksymilian Breucz, Wacław Dąbrowski, Jakub Imiński i Stanisław Jóźwiak) zawiązuje spółkę i kupuje browar. Mają wobec niego dalekosiężne plany, które niestety niweczy wybuch wojny. W czasie okupacji zakłady dostają zarząd niemiecki, ale produkcja chmielowego trunku trwa nieprzerwanie. Potrzebny jest zarówno w wojskowych kantynach jak i cywilnych restauracjach. Po wojnie browar na krótko wraca w ręce przedwojennych właścicieli, ale klimat polityczny nie sprzyja własności prywatnej. W 1949 roku zakład zostaje upaństwowiony, a w 1950 przekształca się w Bojanowskie Zakłady Piwowarsko Słodownicze i zostaje przyporządkowany Wielkopolskim Zakładom Piwowarskim w Poznaniu. Po przekształceniach własnościowych lat 90 tych browar zamknięto. Obecnie jest własnością prywatną i od 2013 roku produkcja została wznowiona.

Architektura robi wrażenie swoją monumentalnością i swoistą elegancją. Trochę kręcimy się po terenie zakładów, w których trwa praca. Ze zdziwieniem dowiadujemy się, że choć oficjalnie browar nie posiada firmowego sklepu, możemy nabyć kilka butelek lokalnego wyrobu. Cieszymy się i kupujemy parę butelek różnych gatunków, aby zdegustować w domu. Mamy tylko jeden problem. Nie chce nam się wracać do samochodu, a w planach mamy jeszcze odwiedzenie miejscowego kościoła.  Na szczęście obie jesteśmy zaopatrzone w dość duże torebusie, które skryją, te może niezbyt licujące z naszym wizerunkiem, buteleczki.

Po wojnie trzydziestoletniej i prześladowaniach religijnych w 1 połowie XVII wieku wielu niemieckich ewangelików schroniło się na pograniczu Wielkopolski i Ślaska pod opieką prywatnych właścicieli miast. Założyciel Bojanowa, Stefan Bojanowski zagwarantował przybyszom swobodę wyznaniową, co więcej, ufundował zbór ewangelicki. Bojanowo stało się ważnym ośrodkiem reformatorskim. Jako ciekawostkę mogę podać, iż do tutejszego gimnazjum luterańskiego uczęszczał Jan Fryderyk Bachstrom. Ten XVIII wieczny teolog, uczony, medyk  urodził się w 1688 roku w okolicach Rawicza.  Bachstrom wyprzedzał w  swych poglądach epokę, był autorem „Observationes circa scorbutum” pracy o zwalczaniu szkorbutu. Był niespokojnym duchem i człowiekiem wielu umiejętności. Pracował w  Toruniu jako lektor, w Węgrowie był pastorem i lekarzem, w Konstantynopolu, gdzie zamierzał przełożyć biblię na język turecki prowadził księgarnię. Mieszkał w Londynie i holenderskiej Lejdzie. Pracował jako lekarz na dworze księżnej Anny z Sanguszków Radziwiłłowej a następnie zgłębiał tajemnice miśnieńskiej porcelany jako dyrektor huty szkła należącej do księcia Hieronima Radziwiłła. Ten niepospolity człowiek zginął w 1742 roku najprawdopodobniej uduszony z polecenia jezuitów w Nieświeżu.

W 1875 roku w Bojanowie wybuchł pożar. Ogień pochłonął niemal całe miasto. Spłonął ratusz, synagoga, poczta i zbór protestancki, a także ponad czterysta domów mieszkalnych. W latach 1859-60 zbór odbudowano. Nowy służył ewangelikom do 1945 roku. Po wojnie został przejęty przez katolików i otrzymał wezwanie Najświętszego Serca Jezusowego.

Jest to świątynia neogotycka, jednonawowa z wyniosłą wieżą w fasadzie.

 Ku naszej radości jest otwarty. Coś w tym jest, że najczęściej w dni powszednie otwarte są kościoły poewangelickie. We wnętrzu przeważa barokowe wyposażenie.Ołtarz główny jest kompilacją trzech części różnych ołtarzy. Górna jego część pochodzi z kościoła w Ruchocicach, dolna z kościoła w Zbąszyniu. W środkowej umieszczony jest obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa.  W końcu lat 40tych ubiegłego wieku w świątyni częściowo usunięto charakterystyczne dla zborów empory. Może warto wspomnieć, iż Bojanowo przed II wojną było miastem multikulturowym. Obok siebie zgodnie koegzystowali Ewangelicy, Katolicy i Żydzi.  Po tych ostatnich została synagoga, a właściwie jej resztki. Wzniesiono ją w 1853 roku a jej budowę częściowo sfinansowała rodzina Rotschildów z Frankfurtu nad Menem. Niemcy, podczas II wojny zdewastowali jej wnętrze, a po wojnie dom przerobiono na łaźnię miejską.  Zniknął też z powierzchni stary kirkut.

I już czas żegnać się z Bojanowem. Jeszcze tylko ostatni rzut oka na kolorowy rynek i wracamy z powrotem na „eskę”. Musimy jechać dalej…