Naszyjniki

Długie wieczory sprzyjają siedzeniu w domu. Ponieważ nie należę do osób nadmiernie przywiązanych do programów telewizyjnych, zagospodarowuję sobie wolny czas inaczej. Kontynuuję moją akcję polegającą na wykorzystaniu wysypujących się ze wszystkich puzderek drobnych koralików i robię kolejne naszyjniki.

Pierwszy z nich jest utrzymany w czerwono różowej kolorystyce. Drobną sieczkę półszlachetnych kamieni uzupełniam większymi ceramicznymi paciorkami w kształcie walców, których użyłam jako „ograniczników” utrzymujących małe koraliki w ryzach.

Drugi z naszyjników jest utrzymany w tonacji perłowo – turkusowej. Ten uzupełniam małymi „frędzelkami” z maleńkich koralików używanych do toho i perełkami rzecznymi.

Powoli moja kolekcja luźnych paciorków się zmniejsza, z czego nie ukrywam, bardzo się cieszę. Trudno jest utrzymać je w porządku. Jednak, zapewne kiedy już wszystkie zagospodaruję zrobi mi się smutno i czegoś będzie mi brakować. Ciekawe jak długo uda mi się powstrzymać przed kupnem nowych? Bo w to, że już całkowicie zaprzestanę tworzenia nowych egzemplarzy biżuterii nie bardzo chce mi się wierzyć.  Choć staram się unikać wizyt w sklepach oferujących akcesoria do rękodzielnictwa od czasu do czasu po prostu mnie wsysają no i wtedy moje silne postanowienia idą się bujać… Po długim czasie buszowania w koralikach, paciorkach, kaboszonach, kryształkach wychodzę  z nowymi trofeami i wizją co też z nich nie powstanie. Jedyną szansą na zaprzestanie tej działalności jest znalezienie nowego hobby…

Moja Szefcia twierdzi, że cierpię na ” zespół niespokojnych dłoni” i w związku z tym bezustannie muszę coś robić… Piec, malować, szyć, dziergać, lepić… Obawiam się że ona ma trochę racji…

Na fruwająco…

Wiosna stała się kalendarzowym faktem, choć za oknem nie zawsze ją jeszcze widać.  W powietrzu jednak coś drgnęło.  Na niebie ruch już wielki, ptaki odlatują i przylatują.  Ciągną całe klucze i pojedyncze sztuki.  Wyjeżdżając za miasto widziałam już żurawie i niezliczone ilości dzikich gęsi… Pewnie lada dzień zawitają bociany. Czytaj dalej

Centrum Wikliny Korbtex czyli zagłębiam się w meandry Nowego Tomyśla

Załatwiamy sprawy służbowe w Nowym Tomyślu i jego okolicach. Tym razem  wyjątkowo sumiennie, jeśli nie liczyć kawy wypitej „U Pieprzyka”, no ale tam mają wyjątkowo dobrą… Nie tracimy czasu na „skoki w bok” w celu obejrzenia interesujących miejsc. Jednak wyjeżdżając z Nowego Tomyśla nie możemy sobie odmówić wizyty w centrum wikliniarskim. Wszak właśnie wiklinie miasto zawdzięcza swą sławę, co widoczne jest nawet w jego herbie (kosz). Nie brakuje  na placach i uliczkach Nowego Tomyśla instalacji z tego surowca, jednak my chcemy zobaczyć prawdziwe ich zagłębie. Czytaj dalej

Naszyjniki

Przy przedświątecznych porządkach zauważyłam, że jestem posiadaczką nieprzeliczonej ilości koralików, paciorków, perełek, dżetów i tym podobnych drobiazgów. Oczywiście wtedy nie miałam czasu, żeby się nimi zająć. Teraz, kiedy świąteczna gorączka już za mną,  postanowiłam wreszcie definitywnie się z nimi uporać. Długie zimowe wieczory sprzyjają kreatywnemu spędzaniu czasu, więc mogę wykorzystać wszystkie „wysypujące się” z różnych puzderek, szkatułek i pudełeczek koraliki.  Postanowiłam zużytkować  posiadane” skarby” i przynajmniej na jakiś czas, „zamknąć temat” ręcznie robionej biżuterii. Czytaj dalej

Na Zielonej Wyspie

Choć starałam się maksymalnie wykorzystywać czas na zwiedzanie Irlandii, to jednak wystarczało mi go także na inne zajęcia. Wieczorami szyłam sutasz na prezenty dla koleżanek córki.

Na początku zrobiłam wisiorek z krzemieniem pasiastym – podobno to kamień radości, mam nadzieję, że takową przyniesie obdarowanej osobie.105Dodałam do niego biały turkus, miedziane elementy i szklane paciorki toho.107 Czytaj dalej

Sutasze

Uff… Najpiękniejsze w świętach jest to, że mijają, pozostawiając po sobie tylko garść gadżetów i zmęczenie.

Ale na razie, do następnej okazjonalnej gotowości jeszcze dobre osiem miesięcy ( choć licznik bije) więc jest czas na ważniejsze sprawy, takie choćby jak podróże, lekturę, wyjazdy, rękodzieło.

Przez  świąteczne przygotowania, a potem wyjazdy zaniedbałam nieco prace rękodzielnicze. A nazbierało mi się trochę „takich do wykończenia”, zaczętych, w połowie zrobionych i prawie skończonych ( z naciskiem na „prawie”).

Na „pierwszy ogień” poszedł naszyjnik dla córki. Dość prosty w formie, jedyną jego ozdobą jest przejrzysty fluoryt, stanowiący centralny punkt wisiorka.  Praca w zasadzie ukończona, muszę tylko podszyć ją „od lewej” mięciutką skórką, pozyskaną z niezgubionej rękawiczki. Czas na to wielki, bo niedługo dziecko przyleci, więc wypada ofiarować kompletny prezent.001 Czytaj dalej

Filcowy naszyjnik

Przeglądając biżuterię stwierdziłam, iż brakuje mi wyrazistego drobiazgu , który mogłabym nosić do swetrów. Czegoś co ożywi monotonię gładkich płaszczyzn i będzie przykuwać wzrok. Naszyjnik!

Nie bacząc na późną porę zabrałam się za przeszukiwanie szuflady z artykułami do filcowania. Rozłożyłam na biurku bąbelkową folię, na której zaczęłam układać kłaczki wełny i skrapiać je mydlaną wodą. Początkowo planowałam zrobić naszyjnik w ciepłych odcieniach rudych brązów, ale po wykonaniu podstawowego „dreda”,stwierdziłam, że wygląda on mdło i nijako. Postanowiłam dodać mu nieco charakteru, poprzez „szczypty” bakłażanowego fioletu.  Tym razem efekt zadowolił mnie, więc tarłam dredem zapamiętale, aby wełna należycie się się „zbiła”.  Dodatkowy bonus filcowania na mokro, to wzmocnienie mięśni ramion, „nietoperze” filcującym paniom nie grożą 😉

Starałam się  nadać dredowi kształt zwężający się ku końcom. Kiedy uznałam, że już wszystkie włókienka scaliły się,  ułożyłam dreda w „podkówkę” aby wysechł, i zajęłam się  przygotowywaniem filcowych kulek, które miały ozdabiać centralną część naszyjnika. Poprzekładane między sobą warstewki kolorowych wełen wielokrotnie moczyłam w ciepłej „mydlance” i mocno ściskałam, starając się nadać im kształt kulki. Kiedy udało mi się to osiągnąć dodawałam pasma poszczególnych kolorów, starając się rozłożyć je w miarę dekoracyjnie. Przygotowany „koral” tak długo turlałam po folii, aż nie nabrał zwartości. Na koniec „nadziałam” go na patyczek do szaszłyków i odłożyłam do wyschnięcia. W podobny sposób przygotowałam cztery następne „korale”

002Nazajutrz zabrałam się za montaż elementów. Filcowe kulki przyszyłam niesymetrycznie w centralnej części „obroży”, dodałam drewniane i szklane elementy. Zadowolona z efektu chciałam jak najszybciej przymierzyć swoje dzieło. Niewiele myśląc, sięgnęłam po „kropelkę” aby umocować uchwyty….no i stało się. Klej związał nie tylko wykończenie naszyjnika, ale również wyciekł mi na dłoń i zlepił  dwa palce. Wrażenie straszne, delikatna skóra między kciukiem a wskazującym zrobiła się jak poparzona a następnie zaskorupiła się w szorstką warstwę. Próbowałam zmyć klej zmywaczem do paznokci, ale nie udało się. Dopiero długie trzymanie dłoni w ciepłej wodzie sprawiło, że klej zaczął puszczać. Resztę wieczoru spędziłam na oskubywaniu palców z „kropelkowych” łusek.006 Czytaj dalej